niedziela, 1 kwietnia 2018

101. O fetyszach logistyka, czyli o paradoksie planowania i organizacji, które ukradły mi kilkanaście miesięcy z życia.




Potrzebę napisania tego wpisu odczuwałam już od dłuższego czasu. Jak mieliście okazję zauważyć - przez ostatni rok posty na blogu pojawiały się coraz rzadziej, a ich treść ograniczała się wyłącznie do recenzji przeczytanych przeze mnie książek. Z utęsknieniem wspominałam czasy, gdy mogłam sobie pozwolić na pisanie postów o różnej tematyce, zaczynając od starożytnych Słowian, przez seriale, podsumowania, aż po naukę języków obcych. Pisanie tych postów przynosiło mi wiele radości i spełnienia, szczególnie wtedy, gdy dostawałam od Was feedback, który nadawał sens temu, co tutaj robię. Niestety, ostatni rok był niesamowicie napięty, przez co zarówno mój zapał, jak i ja sama zostałam wystawiona na próbę. Poza recenzjami książek, na wszystko inne brakowało mi czasu. 

Jednak mimo wszystko, ktoś, kto przebywa ze mną na co dzień mógłby spytać: Ale jak to? Przecież nic takiego konkretnego nie robisz. Jeszcze miesiąc temu na takie pytanie odpowiedziałabym ze wzburzeniem, argumentując, że studia i codzienne obowiązki pochłaniają cały mój wolny czas, przez co praktykowanie jakiegokolwiek hobby pozostaje poza sferą moich możliwości. Dopiero ostatnie tygodnie pozwoliły mi zrozumieć jak bardzo oszukiwałam samą siebie przez cały ten czas. Wmawiałam sobie mantrę "braku czasu" przez kilkanaście miesięcy, zasłaniając się wszystkim, tylko nie tym, co faktycznie było źródłem tego problemu. Co nim okazało się być? Planowanie.

Ci, którzy na moim blogu bywają od początku jego działalności, wiedzą, że w przeszłości chodziłam do technikum logistycznego. Mimo, że aspekty techniczne, wymiary naczep, czy kulisy publicznego gospodarowania odpadami to niekoniecznie coś, co mnie interesowało, logistyka przyciągnęła mnie do siebie czymś innym - planowaniem.  Planowanie produkcji, zapasów magazynowych, tras, to było coś, w czym się odnajdowałam. Z czasem organizacja pochłonęła mnie tak bardzo, że ćwiczenia z planowania procesu transportowego z dokładnością do co minuty chciałam również przemycić do własnego życia. Szybko zatraciłam się w blogach poświęconym perfekcyjnej organizacji chcąc nabrać tyle teoretycznej wiedzy, ile się tylko da, by ją w przyszłości wdrożyć w moje codzienne życie. Po ukończeniu technikum nadszedł czas na studia, które z logistyką niewiele miały wspólnego. Wybrałam studia filologiczne, na których początkowo czułam się tak zagubiona, że moje już wtedy kompulsywne planowanie nasiliło się jeszcze bardziej.

Czy istnieje takie coś jak przesadna organizacja?

Planowanie obejmowało każdą dziedzinę mojego życia. Rodzina, związki, znajomi, nauka, czas wolny. Zaczynając od pozornie niegroźnego planu dnia, kończąc na planie kolejności odwiedzanych przeze mnie sklepów w galerii handlowej, gdy planowałam udać się na zakupy w poszukiwaniu torebki idealnej. Mój plan obejmował również szacowany czas, który potencjalnie spędzę w poszczególnym sklepie (sic!)

Przez moje obsesyjne planowanie na własne życzenie (choć wtedy nieświadomie) zrujnowałam sobie letnią sesję na pierwszym roku studiów. Miałam przygotowaną listę zagadnień do ogarnięcia wraz z  deadline'ami z dokładnością co do dnia i godziny. Oczywiście nigdy nie jest tak, że wszystko idzie perfekcyjnie po naszej myśli. Nagle wypadło mi wyjście z domu, które przerwało moją idealnie zaplanowaną naukę. Przecież nie ma tragedii, tak? Zawsze można te kilka godzin nadrobić, ewentualnie coś pominąć. Dla mnie rok temu taki scenariusz był wykluczony. Załamałam się tym, że coś poszło nie tak, jak to zaplanowałam, więc poddałam się. Poddałam się do tego stopnia, że na część egzaminów nawet nie przyszłam. Jaki był tego skutek? Pięć poprawek we wrześniu, które na szczęście udało mi się zdać, jednak byłam wściekła na samą siebie, ponieważ sytuacja ta mogła być uniknięta. 

Planowanie: skutki uboczne 
Niepowodzenie w śledzeniu planu punkt po punkcie skutkowały ciągłym poczuciem braku satysfakcji, spełnienia i niezadowolona z samego siebie. Wszystko to prowadziło do pogłębiających się kompleksów i stanów zakrawających o depresyjne. Dodatkowo ciągle towarzyszące poczucie nieustającego lęku, że coś nas ominie, coś pójdzie nie tak lub coś się zmieni.

Kolejnym następstwem, jakie miało u mnie miejsce, to kompletna eliminacja spontaniczności. Nagłe wyjście ze znajomymi? Wykluczone! Gdy już się nam uda ustalić termin miesiąc wcześniej, musimy już teraz zadecydować, do jakiej knajpy się wybierzemy i w jakiej kawiarni będziemy pić kawę! I tak właśnie powoli stajemy się antyspołeczną i nieznośną jednostką w gronie swoich znajomych i bliskich.


Paradoksalna natura planowania, czyli kiedy poznać, że ma się z tym problem


W moim przypadku miało to miejsce zdecydowanie za późno, bo równy tydzień temu, kiedy to cały niedzielny wieczór poświęciłam na szukanie idealnej listy to-do do wydrukowania oraz na planowanie kolejności albumów, w jakiej będę słuchać muzyki w nadchodzącym tygodniu. Sobota poprzedzająca tamtą niedzielę była bardzo podobna, bowiem przez kilka godzin sporządzałam listę seriali do obejrzenia, którą skończyłam o godzinie pierwszej w nocy, gdy na oglądanie czegokolwiek było już za późno. Powiedziałam wtedy DOŚĆ. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że moje planowanie i pogoń za organizacją, których pierwotnym celem była optymalizacja czasu, przerodziło się w coś, co mi go dosłownie zżerało. Przeraziła mnie wizja setek godzin mojego życia, które zmarnowałam planując robienie czegoś, na co później paradoksalnie przez planowanie brakowało mi czasu. Stwierdziłam jednoznacznie: KONIEC Z TYM! Ale jak to bywa z uzależnieniem (a myślę, że można to tak zakwalifikować), codziennych nawyków nie da się tak łatwo pozbyć. Mimo, że staram się już nie przesadzać, nadal łapię się na gorącym uczynku, gdy w myślach nadmiernie planuję prozaiczne czynności, zamiast po prostu się za nie zabrać. Co wtedy robię? PRZESTAJĘ i zabieram się wtedy za pierwszą spontaniczną czynność, która przyjdzie mi do głowy. 

Jednak wiele osób w tej chwili może mi zarzucić, że przesadzam, ponieważ planowanie i organizacja to coś wspaniałego, dzięki czemu jesteśmy w stanie się odnaleźć w codziennym życiu. Tutaj wypada się zastanowić, czy oby na pewno nasze szczęście i powodzenie powinno być od tego zależne? Przyznaję, ja przesadziłam z tym, co żartobliwie teraz nazywam pozostałym fetyszem logistyka.  

Jednak skąd mamy wiedzieć, gdzie znajduje się ta cienka granica pomiędzy niegroźnym sporządzaniem listy zadań, a uzależnieniem i zachowaniem obsesyjno-kompulsywnym?

Niekoniecznie musi być tak, że Twoje półki muszą się uginać od wszelakiej maści kalendarzy, plannerów, organizerów i harmonogramów. Niekoniecznie musisz popadać w skrajności. Być może jednak warto zastanowić się nad tym, jak wielką rolę w naszym życiu grają organizacja i planowanie? Jak bardzo nasze codzienne życie jest od nich zależne? Być może warto jednak zwolnić, usiąść i  pozwolić sobie na odrobinę spontaniczności w codziennym życiu opartym na rytuałach, nawykach i schematach?

Przyznam szczerze, że odczułam wielką ulgę pisząc ten tekst. Efekty mojego postanowienia możecie zaobserwować właśnie tu i teraz, pod postacią tego wpisu, który formą znacznie odbiega od książkowych recenzji, które królują na blogu od dłuższego czasu. Mam nadzieję, że moja historia będzie przestrogą dla tych, którzy tak jak ja, mają problem z przesadnym planowaniem każdego aspektu swojego życia. 

Jestem ciekawa Waszej opinii, dlatego zachęcam Was do dyskusji i dzielenia się swoimi refleksjami i doświadczeniem w tym temacie.

Read More

piątek, 30 marca 2018

100. 7 słowników internetowych, z których korzystam



Jako, że ferie świąteczne właśnie się rozpoczęły, w końcu mogę wrócić na bloga z postem, który planowałam od... niemal roku! Jak dobrze pamiętacie - jakiś czas temu na blogu padł pomysł, by oprócz recenzji książek, powstała również seria poświęcona nauce języka angielskiego, w której będę mogła się z Wami dzielić moimi radami, doświadczeniem i wskazówkami, kierowanymi zarówno dla uczących się tego języka, jak i tych, którzy znają go dobrze i na co dzień z nim obcują. 

Jako osoba od lat pasjonująca się tym językiem i studiująca filologię często spotykam się z pytaniem:  
JAKI SŁOWNIK JEST NAJLEPSZY? 

Zazwyczaj odpowiadam na to pytanie w dwojaki sposób. Pierwszy, żartobliwy - LEKKI! I drugi, tym razem już całkiem poważny - JEDNOJĘZYCZNY. 
Dlaczego wszystkim polecam słowniki angielsko-angielskie zamiast dwujęzycznych?

Ponieważ w języku angielskim (tak jak i każdym innym języku obcym), jest mnóstwo słów, wyrażeń, idiomów, które podane w różnych kontekstach, mają również różne znaczenia. Jeżeli nasz angielski jest na poziomie wyższym niż podstawowy (A1-A2), nasze zapotrzebowanie na specyficzne odpowiedniki polskich słów będzie rosło, dlatego słownik angielsko-angielski będzie najlepszą opcją. Dodatkowym atutem takiego rozwiązania jest to, że czytając angielskie definicje angielskich słów, wraz z przykładami ich użycia, oprócz nauki dodatkowego słownictwa, wprawiamy nasz mózg w stan większego skupienia "przetwarzając" obcą definicję, dzięki czemu zapamiętujemy WIĘCEJ, a szanse na to, że dana fraza zostanie nam w głowie dłużej rosną. 


Z jakich słowników ja korzystam?

Fizycznych, książkowych posiadam ponad 10, z czego część pamięta jeszcze czasy mojej podstawówki. Jaki jest mój ulubiony/taki, który uważam za najlepszy? Swego czasu najchętniej sięgałam po Longman Dictionary of Contemporary English, ponieważ zawierał większość wyszukiwanych przeze mnie wyrażeń, a sięgając do niego, zazwyczaj sięgałam po małospotykane, trudne lub archaiczne słowa. Posiada również całkiem przyzwoity zasób idiomów i phrasali kojarzonych z danym słowem. Jednak papierowe słowniki nie są dla mnie dobrym rozwiązaniem. Z jakich zatem korzystam? 

Z INTERNETOWYCH! 

Dlaczego? Ponieważ nie ważą kilku kilogramów. Ponieważ mam do nich dostęp z każdego miejsca mojego pobytu, w każdej chwili mogę je otworzyć na telefonie. I przede wszystkim - nie muszę w nich wertować kartek szukając danego słowa, dzięki czemu oszczędzam czas i swoje nerwy. Nawet wspominany wcześniej papierowy Longman szybko porzuciłam na rzecz jego cyfrowej wersji zamieszczonej na DVD wraz ze słownikiem. Jednak i takie rozwiązanie szybko przestało mnie satysfakcjonować, ponieważ mój apetyt na słowa cały czas rósł, a tradycyjne słowniki nie mogły go zaspokoić. Na co się wtedy przerzuciłam? Na słowniki internetowe. Oto lista siedmiu, najczęściej odwiedzanych przeze mnie stron, które pełnią dla mnie funkcję słownika:

https://dictionary.cambridge.org/



Słowniki Cambridge i Oxford mają w moim sercu szczególne miejsce. Szukając angielskich znaczeń danego słowa, słowniki tych dwóch uniwersytetów są dla mnie niezastąpione. Na żadnym z innych słowników nie spotkałam się z takim bogactwem przeróżnych znaczeń (niektóre sięgają do kilkunastu!) przypadających na jedno słowo. 




https://www.oxfordlearnersdictionaries.com/






Identycznie, jak  z Cambridge - obie te strony są mekką każdego studenta filologii. Często się również słyszy o sporach Oxford vs Cambridge - ja osobiście jednak preferuję Cambridge, ze względu na bardziej odpowiadający mi układ graficzny i kolorystyczny strony. 




https://www.macmillandictionary.com/





Na stronę słownika wydawnictwa Macmillan również zdarza mi się zajrzeć. Nie należy on do "najbogatszych", jednak jest on przydatny, gdy pracujemy z podręcznikami językowymi tego wydawnictwa. Zawiera on sporo związków frazeologicznych zawartych w książkach do nauki języka angielskiego wydanych pod tym szyldem. Atutem tego słownika jest również przejrzystość strony.






https://www.diki.pl/


Dla osób, które nie posiadają biegłości języka, która umożliwiłaby im korzystanie ze słowników angielskojęzycznych diki.pl, jest (moim zdaniem) najlepszą opcja. Zawiera dosyć przyzwoity zasób słów, kolokacji i idiomów, który z pewnością wystarczy tym, którzy swoją przygodę ze szlifowaniem języka dopiero zaczynają. Dodatkowym plusem strony jest również fakt, że zaraz po wyszukaniu danej frazy, jej wymowa automatycznie się odtwarza, co jest sporym ułatwieniem dla tych, którzy nie są jej pewni. 




https://www.wordhippo.com/



Na wordhippo często zaglądam szukając synonimów lub antonimów danego wyrazu. Spośród wszystkich innych stron oferujących podobne wyszukiwanie, hipopotamek jest moim ulubionym tezaurusem, ponieważ oprócz miłej dla oka oprawy graficznej, na stronie w 99% znajdowałam to, czego szukałam.




http://idioms.thefreedictionary.com/



Nad tą pozycją zastanawiałam się najdłużej, ponieważ na miejscu szóstym postanowiłam umiejscowić stronę, której używam do wyszukiwania znaczeń idiomów. Stron tego typu jest mnóstwo, dlatego wybrałam thefreedictionary.com, ponieważ właśnie na tą stronę trafiam najczęściej w moich idiomowych poszukiwaniach. 





https://bab.la/



Na ostatnim miejscu postanowiłam umiejscowić stronę bab.la, która jest drugą stroną oferującą tłumaczenia w języku polskim. Na stronę zaglądam często szukając użycia danej frazy w zdaniu, ponieważ strona bab.la jest w nie bogata. Jeśli nie jesteście pewni czy oby na pewno dobrze rozumiecie dane słowo - szukajcie przykładów jego użycia i na tej podstawie szukajcie sytuacji, w jakich to słowo jest używane. W celu innym niż szukanie konkretnego wyrażenia w kontekście strony tej nie polecam, ponieważ jest mało precyzyjna i może nieraz zmylić. 


Linki do poszczególnych stron dostępne są po kliknięciu w szary banner z ich nazwą.


Mam nadzieję, że post będzie przydatny i zaciekawił Was chociaż trochę, ponieważ (nie ukrywam!😄) od dłuższego czasu nie mogłam się doczekać jego publikacji!





Read More

piątek, 23 marca 2018

99. Sonia Belasco - Mów do mnie


Tym razem przychodzę do Was z gatunkiem, o którym dawno na blogu nie było słychać. Mianowicie, jest to powieść młodzieżowa. Jak już zapewne wiecie, nie często sięgam po ten gatunek, gdyż zbyt często przynosił mi on rozczarowanie. Jak było tym razem? Zapraszam na recenzję!


Historia przedstawiona jest z dwóch perspektyw - Damona i Melanie, których losy splatają się na początku powieści. 

Pierwszego poznajemy Damona - czarnoskórego nastolatka, który nie może się otrząść po samobójczej śmierci swego przyjaciela Carlosa. Chłopak przeżywa żałobę w dość osobliwy sposób, a mianowicie podejmuje się nowych, nietypowych dla niech zainteresowań. Początkowo nastolatek zaczyna interesować się fotografią, którą kiedyś parał się jego zmarły przyjaciel. Następnie, Damon bierze udział w castingu walcząc o główną rolę Szekspirowskiego Otella, który będzie wystawiany przez jego szkołę. Na próbach, chłopak zbliża się do Melanie, która odpowiedzialna jest za scenografię. Druga najważniejsza postać książki, Melanie, podobnie jak Damon, również zmaga się z żałobą po bliskiej jej osobie. Dziewczyna stara się uporać ze śmiercią chorej na nowotwór matki, po której odziedziczyła oczy, pasję i artystyczne zdolności. 

Co do fabuły, odniosłam wrażenie, że jest ona mocno odtwórcza. Poza głównym motywem książki, jakim jest żałoba, książka sama w sobie jest przewidywalna i pełna "stockowych" elementów, takich jak "przypadkowe" i niezręczne pierwsze spotkanie głównych bohaterów, podziwianie kogoś z odległości, nie wspominając o motywie wystawiania Szekspirowskiego dramatu, z którym utożsamiają się bohaterowie, na którego próbach postacie się do siebie zbliżają, i którego wystawianie jest finałem książki. 

Mimo wszystko jednak ogromną zaletą książki jest jej motyw przewodni, którym jest tak jak wspominałam wcześniej - żałoba. Nie jest to temat ani łatwy ani przyjemny, dlatego nadaje on dosyć prostej fabule głębszego znaczenia, a odbiorców zachęca do refleksji. Jest to dosyć niespotykane wśród znacznej części książek młodzieżowych, które najczęściej ograniczają się tylko do wątku romantycznego. 

W kwestii bohaterów, niestety podobnie jak fabuła, są schematyczni. Zbuntowana nastolatka, której "ostry" wygląd jest przeciwieństwem wrażliwego wnętrza, jej najlepszy przyjaciel - gej, który zawsze wspiera, doradzi, zrozumie i który ma na koncie kilka bardziej lub mniej burzliwych relacji, czy nauczycielka odpowiedzialna za wystawianie sztuki - pełniąca jednocześnie rolę "terapeuty", któremu można się zwierzyć, który wzbudza zaufanie, i który pomoże. 

To, co tej dosyć szablonowej fabule dodało powiew świeżości, to narracja, która wprowadza pewne zróżnicowanie. Tak, jak to wspominałam wcześniej, treść książki przedstawiona jest z dwóch przeplatających się ze sobą punktów widzenia - Damona i Melanie. Na początku wprowadza to lekki chaos, ponieważ nie do końca rozumiemy skąd nagłe zmiany osoby, jednak szybko się to klaryfikuje, ponieważ perspektywa zmienia się wraz z nadejściem nowego rozdziału. Każdy rozdział poprzedzany jest również krótkim monologiem kierowanym do zmarłych bliskich naszych bohaterów, co nadaje dosyć katartyczny charakter całości. 

Podsumowując, fabuła książki i jej bohaterowie nie zaskakują, jednak pewne elementy sprawiają, że książka pozytywnie odstaje od pozostałych w swoim gatunku. Mów do mnie mogę polecić wszystkim miłośnikom młodzieżówek, którzy szukają czegoś więcej, niż typowego love story. 

Moja ocena: 6/10
Ilość stron: 234

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydwanictwu
Read More

poniedziałek, 26 lutego 2018

98. Artur K. Dormann - Ucieczka z Lake Falls


Jakiś czas temu na blogu pojawiła się recenzja książki Droga do Lake Falls, która otwierała nowy cykl o wampirach. Tak jak wtedy wspominałam, książka wzbudziła we mnie dość ambiwalentne odczucia. Pewne niedopracowania i pominięcia wątków, które wydawały się być kluczowe kontrastowały ze świeżością na "wampirycznym rynku literackim" i  ciekawością na temat tego, co przyniesie kontynuacja. Za czytanie kontynuacji zabrałam się chwilę po skończeniu tomu pierwszego, jednak ze względu na zaliczenia i egzaminy, dopiero teraz jestem w stanie opublikować moją opinię na temat Ucieczki z Lake Falls. Zapraszam na recenzję!


W nowym tomie Victorii przyjdzie się zmierzyć z konsekwencjami złamanej obietnicy, która łączyła ją z Doktorem Barrowem. Kobieta, wraz ze swoim przyjacielem Jonathanem, zmuszona jest do ucieczki przed groźnym E'larem. Początkowo uciekają w coraz to bardziej odległe stany USA, aż w końcu Victoria kończy w Pradze, gdzie postanawia czekać na swe przeznaczenie. Oprócz ciągle towarzyszącego strachu, Vic codziennie zmaga się również z tęsknotą za Kat, swoją córką i kluczem dalszych losów wampirów, którą zmuszona była ukryć w miejscu, które nawet jej nie było znane. 
Niestety, wszelkie próby ucieczki przed E'larem kończą się fiaskiem, gdyż nawet w Pradze Victoria trafia na kolejnego wampira, doskonale znającego się z jej byłym kochankiem. Victoria, korzystając ze względnej przychylności wampira, postanawia przygotować się do powrotu do Lake Falls, gdzie czeka ją konfrontacja z błędami przeszłości. 

W drugim tomie cyklu o wampirach z Lake Falls, autor zaserwował nam pewną innowację, której nie uświadczymy w części pierwszej. Otóż innowacją tą są Kroniki Wampirów, które pojawiają się tutaj w postaci przerywników od głównego wątku. Kroniki Wampirów to nic innego jak opowieść o losie pierwszego wampira, często wspominanego w cyklu Azdarotha, którego znakiem naznaczona została główna bohaterka. Opowieść ta serwuje nam genezę powstania pierwszego wampira, historię pełną tragizmu i romantyzmu, którego nie brak w większości znanych nam mitów. Przyznam jednak, że przerwy w pewnych momentach głównego wątku były niemal tak irytujące, jak reklamy podczas oglądania filmów w popularnych stacjach telewizyjnych. 

W przypadku poprzedniego tomu, narzekałam na często niefortunny dobór słów, który nie tworzył większego sensu. W Ucieczce z Lake Falls widać jednak, że autor znacząco poprawił swój styl, zachwycając nam bogactwem językowym i przeróżnymi formami.

To, co się jednak nie zmieniło, to zakończenie, które podobnie jak w tomie pierwszym, nie przypadło mi do gustu. Tutaj nie mamy do czynienia z dosyć znacznym pominięciem jak w części poprzedniej, jednak spodziewałam się bardziej znaczącego i dynamicznego zakończenia, biorąc pod uwagę fakt, jak mistrzowsko w tejże części autor zbudował napięcie, które towarzyszyło nam od pierwszych stron. Myślę, że cliffhanger zaserwowany przez autora w tej części nie do końca spełnia swoje zadanie. Zamiast opuszczenia czytelnika z sugestywnym i znaczącym urwaniem treści, tutaj mamy do czynienia z końcem, który nie tworzy większego sensu dla całości fabuły tego tomu. Podczas, gdy akcja i napięcie całej książki sugerują zakończenie z przełomowymi wydarzeniami, czytelnik ma pełne prawo poczuć się zawiedzionym przez zakończenie, w którym akcja w żadnym stopniu nie brnie do przodu. 

Podsumowując, mimo zakończenia, które mnie zawiodło, całość książki wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Wiele aspektów pierwszego tomu, które nie do końca mi się podobały, w tomie drugiej zostały znacznie poprawione. To, co jednak w największym stopniu podniosło moją ocenę na temat książki, to perfekcyjnie zbudowane napięcie, które towarzyszyło mi przez większość książki. Myślę, że na tą chwilę cykl ten mogę polecić każdej osobie, która lubi motyw wampirów, które nie są zarażone "Zmierzchem", czyli wampirów nie do końca uczciwych, honorowych i szlachetnych.


Moja ocena: 7,5/10
Ilość stron: 355
Wydawnictwo: Lemoniada.pl

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję grupie wydawniczej
Read More

wtorek, 20 lutego 2018

97. Linda Bleser - Dom Łez



Tak jak zapowiadałam, nadchodzę z nową recenzją! Tym razem będzie to książka Lindy Bleser o tytule Dom łez.


Główną bohaterką książki jest Jenna, trzydziestolatka, która rozpoczyna swoją opowieść wspomnieniem z dzieciństwa, a konkretnie dniem swoich trzynastych urodzin, który zmienił i ukształtował jej życie. Kobieta opowiada o tragicznym dniu, który oprócz tego, że wprowadził ją w wiek nastoletni, to zmusił do przedwczesnej dojrzałości, bowiem był to dzień, w którym zamiast tortu, trzynastoletnia Jenna i jej młodsza siostra zastały w kuchni kałużę krwi i podcięte nadgarstki matki. 
Życie dorosłej Jenny stało się owiane widmami przeszłości. Jenna, jako dorosła już kobieta zaczęła stronić od towarzystwa, przyjemności i... życia. Kobieta podporządkowuje depresji każdą dziedzinę swojego życia, będąc przekonana, że nosi ona brzemię, jakim jest "gen samobójstwa", który, jak sama twierdzi, czyha na odpowiedni moment. 
Dwadzieścia lat po tragicznym wydarzeniu, nadchodzą kolejne urodziny Jenny, które w zwyczaju przestała obchodzić. Kobieta z trudem zgadza się na spotkanie ze młodszą siostrą Cassie, która czeka na nią z niespodzianką. Niespodzianką okazuje się być dom, który dla Cassie staje się personifikacją nadziei i nowego życia, i w który postanawia zainwestować dla dobra swojego i swojej starszej siostry.
Jenna, przekraczając próg potencjalnego nowego domu doznaje dziwnego uczucia, które sprawia, że dom okazuje się być jednocześnie bliski, znany, ale również i obcy. Mieszane uczucia sprawiają, że kobieta nazywa go Domem Łez, na cześć jednego z wierszy napisanych przez jej matkę. Gdy kobieta przekracza próg jednego z pomieszczeń, zaczyna odczuwać dziwne zawroty głowy sprawiające, że wszystko wokół zaczyna wirować, mieszając się w ciemność. 

Gdy kobieta odzyskuje przytomność, znajduje się w tym samym pomieszczeniu, jednak szybko uświadamia sobie, że rzeczywistość jest inna. Schodząc na dół zauważa w kuchni swoją... matkę, po której depresji nie ma ani śladu. Gdy po początkowej fazie niedowierzania Jenna przyjmuje do wiadomości, że znajduje się w alternatywnej rzeczywistości, kobieta zaczyna aklimatyzować się w nowym otoczeniu. Szybko jednak przychodzi jej się pożegnać z nowym życiem, bowiem trafia do coraz to nowszych równoległych światów, w których odkrywa inne ścieżki i analizuje swoje życie. 

Dom łez, mimo początkowego smutku, z czasem nabiera barw, tak jak i główna bohaterka książki, która dzięki swoim metafizycznym podróżom uświadamia sobie, że nigdy nie jest za późno na zmiany. Autorka ukazała nam metamorfozę osoby wycofanej, w osobę pełną nadziei, osobę niebojącą się inicjatywy, która mimo, że czasami wiąże się z ryzykiem, często przynosi pozytywne zmiany.

Głównym motywem powieści są wybory, z którymi przychodzi nam się zmierzać codziennie. Często podejmujemy szybkie, pochopne decyzje, nie do końca będąc świadomi tego, jakie niosą one konsekwencje. Bohaterka książki razem z nami zaczyna rozumieć znaczenie przesłania, które głosi, że każdy z nas jest kowalem własnego losu. 

Dzięki swoim odniesieniom do motywów przeznaczenia, zmian i ich konsekwencji, fabuła przywodzi mi na myśl film, który zna zapewne większość z Was, a jest to Efekt Motyla. Natomiast styl autorki, który łączy powieść obyczajową z pewnymi cechami fantastyki przypomina mi prozę Cecilli Ahern i książkę Kraina zwana Tutaj, którą pozytywnie wspominam. 

To, co nieco mnie zawiodło, to fakt, że niektóre wątki zostały niedoprowadzone do końca, przez co ich potencjał mogący sprawić, że książka ta byłaby jeszcze głębsza, został niewykorzystany.

Podsumowując, myślę, że jest to jedna z pozycji, które wiele wnoszą do naszego życia. Dom łez uczy nas, że mimo niepowodzeń losu, zawsze stoją przed nami możliwości, z których możemy korzystać. Jest to pozycja obowiązkowa dla wszystkich tych, którzy sami borykają, bądź borykali się w przeszłości ze stanami depresyjnymi, ponieważ książka ta skłania do refleksji nad samym sobą, niosąc niezwykłą, pokrzepiającą wartość pełną motywacji i nadziei. 


Moja ocena: 8,5/10
Ilość stron: 301


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu
Read More

niedziela, 18 lutego 2018

96. Aleksandra Tyl - Anielska zima



Przepraszam Was najmocniej za tak długą nieobecność, jednak niestety tegoroczna sesja dała mi nieźle w kość. Na szczęście nie dałam się jej i udało mi się ją zaliczyć przy pierwszym podejściu, dlatego wracam z zaległościami!

Aleksandra Tyl to polska autorka znana przede wszystkim z inspirowanymi naturą powieściami dla kobiet. W dorobku autorki znajdują się tytuły takie jak Magiczne lato, Karmelowa jesień, czy Anielska zima, z czego każdy tytuł poświęcony jest innej bohaterce. Jakiś czas temu miałam przyjemność przeczytać Anielską zimę, której główną bohaterką jest Kaja, którą fanki autorki będą kojarzyć z poprzednich powieści z cyklu. Zapraszam zatem na recenzję!

Kaja to kobieta, która jest sztandarowym przykładem stereotypowej "wielkomiejskiej panienki". Jest wyniosła, (czasami zbyt) pewna siebie i bezpośrednia. Na złość wszystkim wokół, zamiast rodziny, Kaja pragnie popularności i bogactwa. Jej substytutem znienawidzonych przez nią dzieci okazuje się być (typowo), mały York o imieniu Daisy. Nie ma co się oszukiwać, większość z nas nie będzie do niej pałać sympatią. W Anielskiej zimie, Kaja zostaje ofiarą matrymonialnego oszusta, jej byłego narzeczonego, który sprawia, że prosperująca wcześniej bizneswoman staje się całkowicie spłukana. Uciekając przed wstydem, znajomymi i krytyką, kobieta postanawia uciec do Polanki, małej wsi, o której słyszała od jednej ze swoich byłych przyjaciółek. Sprawa zaczyna się komplikować, gdy do Polanki wraca rozgoryczony i wściekły Paweł, właściciel domu, w którym zamieszkuje Kaja. Kobieta postanawia wykorzystać swoje kobiece walory w celu udobruchania Pawła, który zaskoczony obecnością obcej kobiety w domu, rozkazuje się jej natychmiast wynieść. 

Autorka stworzyła wielowątkową powieść, na którą oprócz perypetii Kai, składają się również losy jej koleżanek znanych z poprzednich tomów i folklor Polanki wraz z jej mieszkańcami i wydarzeniami.  

Tak jak wspominałam wcześniej, główna bohaterka Anielskiej zimy wywołuje negatywne emocje przez swoją wyniosłość i bezczelność, która od samego początku daje o sobie znać. Jest to postać, której zwykle czytelnicy nie kibicują. Aleksandra Tyl zadbała jednak o to, by ten stan nie był permanentny, serwując nam ciekawą metamorfoze głównej bohaterki, dzięki której kobieta staje się niejednoznaczną i trójwymiarową postacią pełną głębi. Oprócz Kai, autorka również mistrzowsko wykreowała resztę postaci, szczególnie komicznych mieszkańców Polanki. 

To, co nie do końca przypadło mi do gustu to dialogi, na które tak często zwracam uwagę. Niektóre dialogi i myśli bohaterów sprawiają wrażenie sztucznych, niekiedy na siłę wyolbrzymionych, przez co tracą na swej naturalności, którą tak bardzo sobie cenię w wypowiedziach bohaterów fikcyjnych. 

Pozostaje jeszcze kwestia wielowątkowości, która cechuję tą powieść. Jak wspominałam wcześniej, orpócz głownego wątku jakim jest życie Kai, poznajemy również perypetie jej koleżanek czy mieszkańców wsi, w której Kaja się zatrzymała. Dla kogoś, kto nie miał wcześniej styczności z tą serią Aleksandry Tyl (jak ja), na poczatku częste smiany perspektywy i osób moga wpędzić w niemałe zakłopotanie, jednak z czasem wszystko staje się jasne i logiczne, a te częste zmiany stają się ciekawą odskocznią od wątku głownego.

Podsumowując, wyraziści bohaterowie i bogata różnorodność miejsc, charakterów i wydarzeń sprawiają, że powieść wywiera bardzo pozytywne wrażenie. Kolejnym plusem jest również fakt, że akcja książki toczy się zimą, w święta Bożego Narodzenia i Nowego Roku, do których mam ogromną słabość. Mimo drobnych niedociągnięć, początkowego wrażenia chaosu i niezbyt naturalnych dialogów, Aleksandra Tyl stworzyła ciekawą powieść dla kobiet, która emanuje różnego rodzaju emocjami, klimatem i ciepłem, którego tak często nam brakuje. Mimo, że fanką tego typu powieści nie jestem, to książkę mogę polecić nie tylko fanom autorki, ale i każdej kobiecie, która zaczytuje się w powieściach obyczajowych, i która nie pogardzi poczuciem humoru, w który pozycja ta obfituje. 


Ocena: 6,5/10
Ilość stron: 446
Wydawnictwo: Prozami

 
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję grupie wydawniczej


Read More

piątek, 26 stycznia 2018

95. English Matters 68/2018



Wraz z nadejściem nowego roku nadszedł czas na nowe wydanie English Matters!




Na jednej z pierwszych stron zawarty jest krótki, aczkolwiek ciekawy fragment dotyczący fantastycznych stworzeń mitologii irlandzkiej oraz typowo brytyjskiego humoru. 


Pierwsze wydanie English Matters w 2018 roku obfituje w serię poruszających tematów takich jak zaburzenia odżywiania czy śmierć w przemyśle muzycznym.

Pierwszy z artykułów porusza kwestię coraz częściej spotykanych u młodych ludzi zaburzeń odżywiania, które bezpośrednio połączone są ze złym stanem psychicznym osoby cierpiącej. Artykuł przybliża nam problem i opisuje znaki ostrzegawcze, które pomogą  nam zaobserwować ewentualne zmiany wśród naszych bliskich.



Death in the Music Industry to wnikliwy artykuł poruszający kwestię przedwczesnej śmierci w szeroko rozumianym przemyśle muzycznym. W lekturze wspomniani zostają legendarni muzycy, tacy jak Jimmy Hendrix, czy tragicznie zmarły basista Metalliki, Cliff Burton. Poruszona zostaje również kwestia tak często spotykanej śmierci samobójczej, która przez ostatnie lata (jak w przykładzie Chrisa Cornella czy Chestera Benningtona) zbiera potężne żniwo.



W nowym numerze nie zabraknie również artykułów o lżejszej tematyce, takiej jak historia kariery Mel B, czy tekst badający fenomen Starbucksa, który trafi do każdego fana tejże sieci kawiarni. 


English Matters nie zapomina również o tych, którzy czytają podróże. W najnowszym numerze trafimy na artykuł o londyńskiej Tower i recenzje najlepszych zimowych resortów w Europie.


Co do kwestii nauki języka angielskiego, oprócz standardowej nauki słówek zawartych w artykułach,  68 wydanie nauczy nas słownictwa z związanego z podróżowaniem samochodem i użycia czasowników modalnych w odniesieniu do przeszłości. 


Magazyn można zakupić na stronie kiosku Colorful Media, w Empiku oraz w wybranych salonikach prasowych.


 Za możliwość zapoznania się z magazynem dziękuję wydawnictwu

Read More
Obsługiwane przez usługę Blogger.

© Welcome To The Dark Side, AllRightsReserved.

Designed by ScreenWritersArena