niedziela, 30 kwietnia 2017

72. Podsumowanie marca + BOOKHAUL



Witam Was w ten słoneczny, przedmajówkowy dzień i zapraszam na podsumowanie MARCA, tak, marca!

Dlaczego dopiero teraz i dlaczego nie jest to podsumowanie kwietnia?  
Otóż dlatego, że post z podsumowaniem przygotowany miałam już jakiś czas temu w draftach, jednak o nim... zapomniałam. A że post był gotowy, a nie lubię pomijać żadnego miesiąca w swoich podsumowaniach, dlatego (jeszcze) mieszcząc się w kwietniu zabieram się za miesiąc poprzedni.



Z marcowego wyniku książkowego jestem w miarę zadowolona, gdyż udało mi się w miesiącu tym przeczytać 5 książek, które biorąc pod uwagę nawał materiału i pracy na studiach, są jednak ilością jak najbardziej przyzwoitą. 




Marzec był miesiącem, który czytelniczo łączył przyjemne z pożytecznym. Przeczytałam dwie książki otrzymane od wydawnictwa [ze słownikiem], które zawierają oryginalne treści klasyków literatury z podręcznym słownikiem znajdującym się na tej samej stronie, co dane słowo. W ramach współpracy przeczytałam również "Gałęziste", którą otrzymałam od jej autora - Artura Urbanowicza i przy której niełatwo jest się nie bać. Miesiąc ten również zaliczam do udanych ze względu na Czarownicę i Zagłuszyć Krzyk, jako że w końcu udało mi się zabrać za książki z mojej biblioteczki, które na swoją kolej czekały ponad rok. Czytelniczo był to udany miesiąc, gdyż spodobała mi się każda książka, z którą miałam do czynienia. Łącznie przeczytałam 1548 strony, które dzieląc na 30 dni dają wynik 50 stron dziennie.




Pod względem nabytych książek... Był to miesiąc owocny, którego od tak dawna mi brakowało i w którym razem ze szczęściem związanym z nowymi nabytkami, czułam również wyrzuty sumienia dotyczące tego, że więcej kupuję niż czytam i nie mam już miejsca na półkach.


Zaczynając od początku, The Tempest to Szekspirowski klasyk, który zakupiłam, ponieważ w najbliższych kilku tygodniach będzie ona omawianą lekturą na moich studiach. The English natomiast, to książka autorstwa Jeremy'iego Paxmana, która została nam polecona przez dwóch wykładowców i jest ona humorystycznym obrazem społeczeństwa brytyjskiego. Harry Potter and the Philosopher's Stone otrzymałam w wyniku nawiązania współpracy z księgarnią MegaKsiążki i która okazała się być wspaniałym powrotem do dzieciństwa. Spacerując w promieniach słońca autorstwa Rachel Kelly to pozycja, którą otrzymałam od księgarni dadada i która dała mi duży zastrzyk motywacji. Był Sobie pies i Zanim się pojawiłeś to książki, które kupiłam z ciekawości, gdyż ówczesna blogosfera krążyła wtedy głównie wokół nich i których fenomenu jestem ciekawa. Gałęziste, to wspomniana wcześniej książka otrzymana od jej autora i która okazała się być świetnym debiutem. Krzyżowiec to książka, którą wygrałam w konkursie u ja-się-dystansuję i która jest dla mnie niemałą enigmą, lecz wkrótce będę się zabierać za czytanie. Epidemia, to książka otrzymana od wydawnictwa HarperCollins, i która będąc pierwszą książką autorki w moich rękach, rozczarowała mnie. A Practical Grammar of English... Co tu dużo mówić, potrzebowałam konkretnej książki do gramatyki, bez zbędnych obrazków i innych rozpraszających wstawek.


TV SHOWS, czyli serialowo!

Dzięki temu, że w marcu chorowałam przez prawie dwa tygodnie, mogłam się w całości oddać oglądaniu seriali, na które zazwyczaj nie miałam czasu, i które w okresie mojego nieustannego marudzenia, bólu i kataru były moją jedyną rozrywką do zniesienia.


W marcu skończyłam oglądać drugi sezon Przyjaciół, czwarty sezon Girls i 3 sezon Z archiwum X. Z pojedynczych odcinków obejrzałam również nieco Kości i Teorii Wielkiego Podrywu. Jeżeli chodzi o z Archiwum X, to jest to serial, którym się "delektuje" i jeden sezon potrafię męczyć nawet i rok robiąc to celowo, gdyż nie chcę "czegoś przeoczyć" i chcę docenić każdy odcinek, co jest trudne oglądając coś "masowo". Girls to lekki serial łączący dramat i komedię, opowiadający o czterech młodych kobietach i ich perypetiach zarówno w sferze przyjaźni, kariery zawodowej, jak i miłości. Przyjaciele... Co to dużo mówić, klasyk, prototyp późniejszej fali HIMYM i innych temu podobnych seriali  oraz wielka dawka dobrego humoru.




 W marcu słuchałam głównie jednego zespołu i był to Wolfsheim. Ten niemiecki zespół został załóżony w latach 80., jednak działał i tworzył do roku 2005. Grali oni szeroko rozumiany synth-pop, często zahaczając również o coldwave i swego czasu nazywano ich niemieckim Depeche Mode. Za co ja polubiłam ten zespół? Przedewszystkim za zimne, niemal gotyckie brzmienie i za  piękny głos wokalisty, Petera Heppnera, którego charakterstyczny wokal mogliście usłyszeć między innymi z piosence "I Feel You", która prawie dwie dekady temu królowała na listach przebojów. Od siebie polecam piosenki takie jak Once in a Lifetime, Find You're Gone, Find You're Here i nieco oldschoolowe The Sparrows and the Nightingales. 

how long have you been free
in this world of hate and greed
is it black or is it white
let's find another compromise
and our future´s standing still
we're dancing in the spotlight
where is the leader who leads me
i'm still waiting
 


miłośników książek i bookstagramów serdecznie zapraszam - xanotherdesirex
 
Jak widać, instagramowo był to miesiąc pełen książek, nauki i kotów, w szczególności mojego Alastora. Udało mi się również złapać motywację, by zabawić się w tworzenie czegoś kreatywnego, czego wynikiem był rysunek ust, akwarelowy malunek baletnicy i kolorowe notatki.



Był to miesiąc, w którym złapałam dosyć poważne przeziębienie, które męczyło mnie prawie dwa tygodnie, a jego skutki odczuwam do dziś. W związku z chorobą przybyło mi również wiele zaległości, zarówno tych na uczelni, jak i tutaj na blogu, za co Was przepraszam. Był to również miesiąc zwątpienia w cel i kroki do niego dążące, jednak po kilku dniach dryfowania bez zaangażowania i motywacji i z poczuciem winy z powodu nicnierobienia, samodyscyplina w końcu wygrała. Oby na dobre :-)


 ______________________________________________________________________________

To by było na tyle w kwestii podsumowania marca, który mimo ciężkich chwil okazał się być  produktywnym miesiącem. Jako, że siłą rzeczy plany na kwiecień wyglądałyby nieco komicznie dzień przed majówką, dlatego też ich tutaj nie będzie. Zapowiem jedynie następne posty, które się ukażą na blogu, a będzie to m.in. recenzja internetowych kursów językowych SuperMemo, recenzja książki Samodzielne usuwanie lęku, stresu i depresji oraz kolejny post z cyklu nauka języka angielskiego. 




Read More

środa, 26 kwietnia 2017

71. Deborah Harkness - Księga wszystkich dusz - T1 Czarownica.







Tak jak to zapowiadałam nie tak dawno temu, przychodzę do Was z recenzją "Księgi wszystkich dusz", a raczej jej pierwszego tomu, zatytułowanego "Czarownica". Jak zostaje to podane na tylniej okładce - jest to seria, która swego czasu odniosła wielki sukces komercyjny, sprzedając się w tysiącach egzemplarzy i królując na listach bestsellerów. Czy oby napewno te zachwyty są adekwatne do treści? Zaprszam na recenzję!



Przenieśmy się do świata, w którym oprócz ludzi, od tysiącleci istnieją również inne stworzenia, takie jak wampiry, demony czy czarownice. Istoty te różnią się od ludzi nie tylko posiadaniem nadnaturalnych zdolności, ale i również posiadaniem niespotykanego wcześniej kodu genetycznego, który tylko w niewielkiej części przypomina ludzki. Również istoty te, wcale nie inaczej niż ludzie, pragną się dowiedzieć jak najwięcej na temat swego pochodzenia, o którym nie wiadomo nic. Jest jednak dla nich nadzieja - pochodzenie, historia i cel ich istnienia zapisany jest w strzeżonym magią i klątwami manuskrypcie, który przypadkowo trafia w ręce Diany Bishop, głównej bohaterki. Diana Bishop jest czarownicą, lecz jak na ironię, z magią nie chce mieć nic wspólnego, gdyż właśnie magię obwinia za śmierć swych rodziców. W ucieczce do świeckiego, "normalnego" świata oddaje się pracy naukowej w charakterze historyka nauki. Dostając liczne nagrody za osiągnięcia naukowe i wykładając w Oksfordzie, również i w celach naukowych zainteresowała się starym manuskryptem. Wraz z momentem jego otwarcia, co wiązało się z (nieświadomym przez nią) złamaniem potężnych uroków oczy i zainteresowanie wszystkich wampirów, demonów i czarodziejów zwróciło się w jej stronę. Opętani zazdrością, niedowierzaniem i diabelską ciekawością właśnie Dianę biorą za swój cel. Na pomoc przychodzi jej Matthew, ponad tysiącletni wampir frankijskiego pochodzenia, który pomaga Dianie uciec przed grożącymi jej demonami, czarownicami i innymi wampirami i rozwikłać zagadkę tłumionych w jej wnętrzu potężnych mocy, które złamały zaklęcia chroniące księgę, i które coraz bardziej zaczynają się ujawniać, utrudniając Dianie codziennie życie.  Diana i Matthew, początkowo się opierając zakazanej przez starożytną konwencję przyjaźni między wampirami i czarownicami, z czasem zbliżają się do siebie coraz bardziej i łamią zasady, przez co wywołują skandal i poruszenie w środowisku istot nadprzyrodzonych. 


Przyznam szczerze, że trochę się obawiałam podejścia do tej książki, a to dlatego, że często powieści poruszające tematykę istot nadprzyrodzonych okazują się być tanimi, niezbyt ambitnymi romansidłami, za którymi nie przepadam. Na szczęście, moje obawy się nie spełniły. Wręcz odwrotnie, autorka serwuje nam wspaniałą przygodę, w której nie brakuje zagadek i tajemnicy z przeszłości, jak i potężnych i niebezpiecznych zdolności. Oczywiście, nie brakuje tutaj również wątku miłosnego, jest lecz on ujęty w niezwykle subtelny sposób, któremu daleko od typowych pararomansów dla nastolatek czy harlequinów dla starszych pań. Stare księgi, ciekawe opisy otoczenia i połączenie nauki i historii z magią to coś, co NIE MOGŁO mi się nie spodobać.


Nawiązując do wstępu, Czarownica to dopiero pierwszy z czterech tomów, na które składa się cała seria Księgi Wszystkich Dusz. Jednak oprócz miłego ukojenia, że przede mną jeszcze trzy części, kończąc tom pierwszy poczułam niemały niedosyt, mając wrażenie, że podjęty przez autorkę wątek został w nim niedokończony. Zdaję sobie sprawę, że jest to zabieg celowy, mający na celu zachęcić czytelników do dalszej lektury, jednak moim zdaniem zostało to zrobione w dosyć tani sposób przypominający książki publikowane w gazetach w postaci rozdziałów czy telenowele kończące się w najbardziej "emocjonujących" momentach po to, by widz na drugi dzień siedział o tej samej porze przed telewizorem. Jestem niemal pewna, że sam świat, w którym osadzona jest seria, główni bohaterowie i lekki styl autorki byłby wystarczającą zachętą do sięgnięcia po następne tomy. 


Podsumowując, nie spodobało mi się zakończenie, którego de facto brak, i które wygląda tak, jakby fabuła została ucięta w połowie, pozostawiając nas samym sobie z "demówką" drugiego tomu - jego trzema pierwszymi stronami. Nie mniej jednak historia, kreacja bohaterów, jak i całe ich otoczenie jest opisane w ciekawy i prosty, (nie mylić z banalnym) sposób, co rekompensuje poprzedni, niezbyt chlubny aspekt książki. Historia, magia i nadprzyrodzony świat to połączenie moich najśmielszych książkowych fantazji, dlatego też powieść ta przypadła mi do gustu już po kilku pierwszych stronach i której kontynuację na pewno w przyszłości przeczytam. Myślę, że jest to idealna seria dla osób lubujących się w magii i tajemnicy osadzonej w czasie teraźniejszym oraz pozycja obowiązkowa dla każdego fana istot nadprzyrodzonych. 

Read More

niedziela, 16 kwietnia 2017

70. J.K.Rowling - Harry Potter and the Philosopher's Stone



Z radością przychodzę do Was w to świąteczne południe, gdyż przychodzę nie ze standardową recenzją, a recenzją książki, która jest znana każdemu z Was, czyli pierwszą częścią Harry'ego Pottera!


Całą serię przeczytałam mając 9-10 lat, czyli ponad 10 lat temu, dlatego pomyślałam, że ta dekada, która przeminęła, to idealny moment, by odświeżyć magię i wspomnienia tamtego czasu. By jednak czytanie nie było "takie samo", to wybrałam lekturę w ojczystym języku J.K.Rowling, czyli języku angielskim.

Przyznaję szczerze, że powrót do serii kusił mnie przez ostanie dwa/trzy lata, lecz razem z tą pokusą w parze była też niepewność i obawa, że przygoda i emocje doświadczone wraz z czytaniem nie będą już te same, gdyż jestem najzwyczajniej na to za stara. Jak bardzo się myliłam!

Oczywiście, mając 10 lat dużo łatwiej jest odebrać książkę z bohaterach, którzy są naszymi rówieśnikami, jednak mając ich już (bez dwóch miesięcy) 21, przyznaję, że czytanie było równie dobre. Wiek zobowiązuje, więc jako osoba dorosła i osoba, która pisze recenzje, nie skupiałam się stricte na fabule, ale na wielu warstwach, z których książka się składa. 

Myślę, że wprowadzenie w fabułę będzie tutaj zbędne, gdyż nawet Ci, którzy książek nie czytali, wiedzą, że jest to historia 11 letniego chłopca, który mieszka u rodziny siostry swojej matki, która wraz z jego ojcem zginęła, zamordowana przez Voldemorta, czarnoksiężnika, który mimo, że już nie tak silny jak wcześniej, tak bardzo jak odzyskania mocy pragnie również śmierci Harry'ego. Harry mimo, że o magii wcześniej nic nie wiedział, dostaje list do Hogwartu, szkoły magii i czarodziejstwa, do której trafia, szybko się tam odnajdując, i poznając zasady. Znajduje tam przyjaciół, którzy będą mu towarzyszyć do końca jego przygody i z którymi popełnia nie zawsze legalne występki, jednak zawsze motywowane dobrymi intencjami i odwagą. 

To, na co ja poświęciłam najwięcej swoich przemyśleń, to nie tylko historia opowiedziana w powieści, ale przede wszystkim zjawiska tam występujące. Solidarność, lojalność, i nieskażona niczym złym i niepoprawnym przyjaźń to piękne wartości, które warto naśladować i których nie brakuje w książce, a tak ciężko odnaleźć w realnym życiu. Mimo wszystko jednak nie tylko pozytywne wartości tu występują, ale miejsce mają również i te złe. Znajdziemy tu też śmierć, zawiść, okrucieństwo, szykanowanie, faworyzowanie czy wyalienowanie. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ mimo, że książka jest pozornie kierowana do młodszych czytelników, znajdują tu się uniwersalne wątki i problemy, które mają miejsce w życiu realnym niezależnie od naszego wieku, płci czy pochodzenia. Książka również na swój sposób przygotowuje do życia, pokazując, że nasza przyszłość czy teraźniejszość nie zawsze będzie usłana różami, a oprócz szczęścia i przyjaźni, przyjdzie nam również doznać śmierci, goryczy i smutku. 

A co się nie zmieniło w moim postrzeganiu książki? Otóż to, za co całą tą serię kocham, czyli magia. Magia i w dosłownym i w przenośnym znaczeniu. Magia, którą podczas czytania odczuwam i dzięki której znajduję ucieczkę od nie zawsze przyjemnej rzeczywistości i która tak uzależnia, że jestem niemal pewna, że za następne dziesięć lat (albo i wcześniej), do serii powrócę raz jeszcze.

A teraz pół żartem, pół serio - po 10 latach odnalazłam w książce również motywację do nauki, której będę potrzebować na najbliższe tygodnie i miesiące, gdyż już w czerwcu nadchodzi kolejna sesja...



Warto również zwrócić uwagę na to anglojęzyczne wydanie książki, które oprócz pięknej okładki posiada również na początku mapę Hogwartu i okolic, które jest miłym akcentem od wydawnictwa. 


Podsumowując, z perspektywy czasu widzę pewne niedopowiedzenia, których nawet nie zauważyłam za młodu,  ale które również nie przeszkadzają mi w czytaniu. Co do języka, jest zabawny, dynamiczny, bezpośredni i nie nudzi, co jest bardzo mocnym aspektem wpływającym na "czytalność" książek. Fabuła mogłaby być nieco bardziej rozbudowana jak w następnych, o ponad połowę "grubszych" tomach, lecz rozumiem, że jest to część pierwsza, swoiste zaproszenie i wprowadzenie do świata magii i czarodziejstwa. Wiem, jak bardzo schematycznie to zabrzmi, jednak inaczej się tego nie da ująć: książkę polecam każdemu, niezależnie od wieku, pochodzenia i płci; niezależnie od gatunku, w którym na co dzień się lubuje; i niezależnie od tego, czy lekturę tę ma już za sobą, ponieważ to piękna powieść, do której zawsze warto wrócić.  


Moja ocena:8,5/10
Wydawnictwo: Bloomsbury
Ilość stron: 332



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję księgarni
http://www.megaksiazki.pl/

 
Read More

sobota, 15 kwietnia 2017

69. Rachel Kelly - Spacerując w promieniach słońca, czyli 52 sposoby na Twoje smuteczki.


Niedawno w moje ręce trafiła książka Rachel Kelly, zatytułowana Spacerując w promieniach słońca. 52 sposoby na Twoje smuteczki. Muszę przyznać, że niestety, ale nigdy wcześniej nie słyszałam pracach tej autorki, więc w temacie byłam zielona. 
Zatem dlaczego padł na nią wybór? Otóż dlatego, gdyż należy ona do psychologicznych książek motywacyjnych, w których ich autorzy razem z nami walczą z trudami codziennego życia i tak jak każdy człowiek na świecie - pragną i poszukują szczęścia.

Jest to książka prowadzona w formie tygodnika, zawiera 52 wpisy na każdy z 52 tygodni w roku. Autorka dzieli się w nich z nami swoimi refleksjami, przeszłością, zmartwieniami i sposobami, które pomagają odpędzić "złe demony" w postaci nieuzasadnionych obaw i natarczywych myśli.

Na początku nie mogłam się przekonać do treści, gdyż pierwsze (wiosenne) tygodnie skupiają się przede wszystkim na medytacji i fragmentach inspirujących utworów, które (niestety) w polskim tłumaczeniu już tak nie porywają jak w oryginale.  Jednak im głębiej w las, tym lepiej...
Odnalazłam sporo technik relaksacyjnych, o których kiedyś pamiętałam, lecz z czasem wyleciały mi z głowy. Oprócz tradycyjnego oddychania, pozytywnego nastawienia, autorka dzieli się również swoimi poradami dotyczącymi "higieny snu", który tak bardzo wpływa na nasze samopoczucie, i który tak często zaniedbujemy. Poruszony zostaje tu również temat zjawiska nazywanego FOMO (Fear of Missing Out), czyli Lęk przed tym, że coś na omija; na który (przyznaję się bez bicia), tak jak i większość ludzi działających pod presją czasu i otoczenia, również cierpię. To, na czym autorka skupia się w tej pozycji najbardziej, to sztuka odnalezienia spokoju i szczęścia w codziennym życiu, niewielkich aspektach (celowo nie używam słowa 'rzeczy', gdyż nie chodzi tu o dobra materialne), takich jak spokój przy pielęgnowaniu ogródka, satysfakcja po upieczeniu ciasta czy choćby ukojenie w...oddychaniu. 
Oczywiście, nie jest to recepta na wieczne szczęście, gdyż autorka sama przyznaje, że miewa gorsze chwile, lecz jej główną ideą jest zaszczepienie zachęty do przystopowania i poszukiwania radości i harmonii w otaczającym nas świecie, który przecież w nie obfituje. 

Co do strony "technicznej",  książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie, za sprawą nie tylko lekkiego pióra autorki, ale i również  optymalnej wielkości czcionki, która nie męczy wzroku. Czytanie umila również ciekawa organizacja wpisów i przede wszystkim - zabawne ilustracje, których tutaj nie brakuje. 

Podsumowując, jest to książka o której będę długo pamiętać i do której będę często wracać, ponieważ dostałam dzięki niej zastrzyk inspiracji, dzięki któremu problemy, z którymi każdy z nas się boryka nie wydają się już być tak trudne do pokonania, jak kiedyś. Warto również wspomnieć, że wpisy zaczynają się od wiosny, dlatego myślę, że jest to idealny czas, by książką się zainteresować i przystąpić do wiosennych porządków nie tylko w domu, ale również i w głowie.

Moja ocena: 7,5/10
Ilość stron: 122
Wydawnictwo: Studio Astropsychologii

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję księgarni 
http://dadada.pl/
gdzie w atrakcyjnych cenach możecie znaleźć zarówno tą, jak  i wiele innych książek.


Read More

niedziela, 9 kwietnia 2017

68. Olive Green, czyli interaktywny kurs językowy.




Dziś przychodzę do Was z recenzją Olive Green, czyli interaktywnego kursu językowego, który łączy przyjemne z pożytecznym, zapraszam!

Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z estetycznym pudełkiem o bogatej zawartości. Znajdziemy bowiem w nim trzy książki podzielone według poziomu zaawansowania językowego, ulotkę oraz płytę, które są komponentami całego pakietu. 

To, co moim zdaniem w kursie tym jest najważniejsze, to załączona płyta, dlatego pozwólcie, że właśnie od niej zacznę i na niej się skupię. Na płycie znajduje się program, który musimy zainstalować i który krótko po pierwszej instalacji przywita nas kilkoma aktualizacjami, po których   zakładamy konto, logujemy się i rozpoczynamy kurs.




Najistotniejszą częścią i bazą kursu jest film sensacyjny, o którego fabule nieco opowiem.

Poznajemy Gabriellę Aguilar, zjawiskową Amerykankę, która eufemistycznie określa się "konsultantką sztuki", lecz w rzeczywistości zajmuje się jej kradzieżą. Dostaje ona zlecenie, które musi wykonać w Anglii i która oprócz wielkiego ryzyka wiąże się również z wielkim wynagrodzeniem i otrzymaniem nowej tożsamości, wraz z którą od tej chwili nazywa się Olive Green. Pod przykrywką studentki archeologii, zatrzymuje się ona w niewielkiej malowniczej angielskiej miejscowości, w hotelu prowadzonym przez Jessicę i jej sympatycznego syna, który jest również policjantem. Celem Olive jest bogaty biznesmen i jego obraz, który z czasem okazuje się być tylko przykrywką większej sprawy, która wiele skomplikuje. 




Nie jest to jednak zwykły film, bowiem jest to film interaktywny, przypominający grę, w której podejmujemy decyzje za bohaterów, rozwiązujemy łamigłówki, ale i którą... można przegrać. 



 

Film podzielony jest na 60 scen, pomiędzy którymi znajduje się sekcja learningowa. Trenowane są w niej umiejętności takie jak (w  tym przypadku) oglądanie ze zrozumieniem, słownictwo zawarte w danej części, sekcja gramatyczna, interaktywny dialog, który kreujemy sami, jak i Cultural trivia, czyli blok poświęcony kulturalnym ciekawostkom na temat anglojęzycznych krajów.







 Wystarczy kliknąć, by powiększyć :)


Co do samego kursu, jest to niewątpliwie coś nowego i nieczęsto spotykanego na polskim rynku. Prawdę mówiąc, trochę obracam się w strefie "nauki języka", lecz nigdy wcześniej spotkałam się z nauką w postaci interaktywnego filmu. Oczywiście film nie jest kinowym arcydziełem, lecz nie można się też do niego przyczepić, gdyż spełnia swoje dydaktyczne przeznaczenie bez zarzutu, zawierając słownictwo, które doskonale łączy to "podręcznikowe" z bardziej kolokwialnym, codziennym.  Dobrze są też w nim podkreślone akcenty w wymowie bohaterów, wyraźnie ukazując różnicę między General American, a British English. Co prawda nie jest to kluczowy aspekt kursu, lecz jako studentka filologii angielskiej zwracam na to uwagę. 


Następną częścią składową kursu są książki, które zawierają dialogi z poszczególnych scen, słowniczek do nich, jak i komentarz gramatyczny. Podzielone są one według poziomów, od początkującego (A1-A2), poprzez średnio-zaawansowany (B1-B2) aż po zaawansowany (C1). Właśnie ten podział uważam za niezwykle ważną zaletę całego kursu, gdyż dzięki temu może on być adresowany dla osób chcących uczyć się/ulepszyć swój  angielski niezależnie od poziomu zaawansowania językowego.  Ubolewam jednak nad faktem, że książka poświęcona poziomowi C1, który mnie interesuje, jest tak cienka w porównaniu do bardziej okazałych poprzednich.


To, co w całej tej metodzie nauczania jest najważniejsze, to najbardziej efektywny sposób nauki, którą jest nauka w kontekście, dzięki czemu kształtujemy PRAKTYCZNĄ znajomość języka, która pomoże nam się odnaleźć w niejednej życiowej sytuacji. 

Warto również zwrócić uwagę na fakt, że dzięki wymaganemu dostępowi do Internetu, nasze postępy zapisują się automatycznie i oprócz komputera jak i dołączonych książek, możemy również kontynuować naukę w aplikacji mobilnej o tej samej nazwie.

Pisząc recenzje pozwoliłam sobie również zrobić mały research, z którego dowiedziałam się, że firma działa na rynku od 1991 roku, dzięki czemu dysponuje doświadczeniem w branży, a sam kurs i film został wielokrotnie nagrodzony przez międzynarodowe organizacje. 

Kurs Olive Green mogę polecić każdemu, kto chciałby nauczyć się języka lub ulepszyć swój obecny poziom, niezależnie czy jest to poziom podstawowy, czy zaawansowany.  Jest to również kurs, obok którego nie można przejść obojętnie. Jest on idealny dla wszystkich tych, którzy wolą uczyć się z użyciem multimedialnych środków, ale i również dzięki załączonym książkom będzie on również dobrym rozwiązaniem dla osób, które preferują naukę tradycyjną.


Za możliwość przetestowania i zrecenzowania kursu dziękuję firmie 
https://olivegreenthemovie.com/about/start/



Read More

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

67. Alex Kava - Epidemia




Alex Kava to jedna z najpopularniejszych amerykańskich autorek powieści z dreszczykiem. Zapewne większość z Was miało już z twórczością tej Pani do czynienia, jednak dla mnie jest do moje pierwsze podejście. Zapraszam zatem na recenzję!




Historia przedstawiona w książce ukazana jest z perspektywy czterech stron. Pierwszą z nich jest Ryder Creed, prowadzący firmę trenującą psy poszukiwawcze ratując je przed uśpieniem w schronisku. Creed dostaje zlecenie i wraz ze swoją wyszkoloną suczką Grace dociera do miejsca poszukiwań, w którym w szybkim czasie znajduje zwłoki młodziej dziewczyny.  Drugą stroną, którą poznajemy jest agentka FBI Maggie O'Dell, której przydzielono śledztwo podejrzanego samobójstwa młodego chłopaka który ni stąd, ni zowąd skacze z balkonu hotelu. Maggie również od kilku miesięcy ściga niejaką Dr Shaw, uczoną podejrzaną o prowadzenie nielegalnych eksperymentów. Trzecia strona to ofiary, czyli osoby, które dobrowolnie zgłosiły się do poddania dobrze płatnym eksperymentom medycznym, i które z czasem przekonują się, że zostali oszukani przez swoich zleceniodawców, którzy zapewniali im opiekę medyczną i brak bezpośredniego zagrożenia życia. Natomiast czwartą, ostatnią stroną jest "zła" strona, czyli niejaki naukowiec Steven Bishop przeprowadzający nielegalne eksperymenty i jego współpracownicy i zleceniodawcy, którzy szukają biologicznej broni idealnej, która zabiłaby terrorystów z ISIS i innych wrogów Stanów Zjednoczonych.


Co łączą te cztery wątki, śledztwa i samobójstwa? Otóż łączy je śmiertelny wirus, a mianowicie zarażenie nim jak największej ilości ludzi, czyli czynność, która została zlecona osobom poddanym wprowadzeniu choroby do organizmu i osobom, które wkrótce zaczęły masowo popełniać samobójstwa. Jak nietrudno jest się domyślić - wszystkie samobójstwa zostały upozorowane, a martwi byli chorzy na nieznany szczep ptasiej grypy, która niszczyła ich organy wewnętrzne. Tajemniczemu zjawisku towarzyszyły również hordy martwych ptaków spadających z nieba. Agentka O'Dell łącząc siły z Creedem i jedną z zarażonych osób wkrótce odkrywa, że za nieetycznymi badaniami kryje się pozarządowy spisek, mający na celu wywołać ogólnokrajową pandemię i panikę.


Alex Kava na samym końcu wspomina o tym, że ten pozornie absurdalny scenariusz jest jak najbardziej prawdopodobny. Rozprzestrzenianie się i ciągłe powstawanie nowych szczepów ptasiej grypy, która po blisko 50 latach ponownie atakuje to fakt, któremu nie da się zaprzeczyć. Rozsyłanie zarodków wąglika pocztą, czy wpuszczanie szczepionek na polio do ścieków to tylko niektóre incydenty które przywołuje autorka i które miały w ostatnich dekadach miejsce. Wizja pandemii choć surrealistyczna i przerażająca może być jak najbardziej realna, dlatego powinniśmy się trzymać na baczności. 

I... Muszę przyznać, że niestety, ale właśnie te ostatnie słowa "Od autora" to chyba najmocniejszy i najbardziej niepokojący punkt w powieści. Nie jestem przekonana, czy jest to faktyczny apel do czytelników, czy tez desperacka próba "naprawienia" czy odesłania w niepamięć kiepskiej treści książki.

Muszę przyznać, że pomysł na fabułę jest świetny, lecz niestety moim zdaniem został on nie do końca wykorzystany. Brakuje w nim specyficznego w tym gatunku klimatu, którzy trzyma czytelnika w napięciu do ostatniej strony, bądź obdarza lekkim dreszczykiem. Powieść została napisana w sposób bezbarwny, bez wyraźnych zwrotów akcji i na zbyt łatwo przewidywalnym poziomie. Jest to wielka szkoda, gdyż robiłam sobie wielkie nadzieje związane zarówno z  tą autorką, jak i tematyką.

Podsumowując, książkę jak i moje pierwsze spotkanie z autorką zaliczam do nieudanych, ze względu na moje zdecydowanie wyższe oczekiwania. Nie mniej jednak, książkę czytało się w miarę szybko i przyjemnie, co jest w tym przypadku chyba największym plusem. Nie jest to kryminalne arcydzieło, jednak nie należy również do najgorszych. Jest to książka w sam raz dla osób szukających nieskomplikowanej i szybkiej pozycji na jeden wieczór z wątkiem medycznym w tle. 


Moja ocena: 5.5/10
Wydawnictwo: Harper Collins
Ilość stron: 320

 Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu



Read More

sobota, 1 kwietnia 2017

66. Artur Urbanowicz - Gałęziste




Po dłuższej przerwie wywołanej chorobą i wielkimi zaległościami na uczelni wracam do Was ze zdwojoną energią i nową recenzją!


Gałęziste, to debiutancka powieść Artura Urbanowicza, który oprócz pisania zajmuje się matematyką i informatyką oraz wykłada na Uniwersytecie Gdańskim. Jest to powieść grozy, fachowo nazwana "thrillerem paranormalnym" ze względu na niecodzienne zjawiska, jakie się w niej pojawiają. Przejdźmy zatem do fabuły...

Nie wierz w nic, co widzisz, słyszysz... i w co do tej pory wierzyłeś...


W prologu poznajemy Annę Żukowską, spełnioną zawodowo, lecz niekoniecznie w życiu prywatnym lekarkę, która na co dzień mieszkająca w Poznaniu postanawia wyruszyć w swe rodzinne rejony, Suwalszczyznę, by odwiedzić chorą matkę. Niestety, w drodze jej samochód zawodzi, więc zmuszona jest samotnie przemierzyć las, z którego... nie ma wyjścia. 

Właściwa akcja rozpoczyna się w rozdziale pierwszym, w którym głównymi bohaterami są Tomek i Karolina,  para studentów z Warszawy, która w ramach "odświeżenia" swego związku, za namową Karoliny wyrusza na urlop wielkanocny do Przełomki, małej miejscowości niedaleko Suwałk. Docierając na miejsce okazuje się, że dom, w którym wynajęli kwaterę u lokalnych gospodarzy jest pusty, a  w rekompensacie od nieobecnych właścicieli zostają zachęceni do zamieszkania u ich znajomych w innej wsi, Białodębach. Trafiając do nowych gospodarzy studenci, a szczególności Tomek, zostaje zauroczony Natalią, piękną i zjawiskową wnuczką gospodyni, która przyjmuje ich nadzwyczaj życzliwie, i która w przyszłości będzie też źródłem ich problemów...

Karolina i Tomek już na początku pobytu doświadczają pierwszych przerażających zjawisk paranormalnych, które starają się  wytłumaczyć w sposób racjonalny. Tomek, jako zatwardziały ateista stwierdza, że tylko nic nie znaczące twory wyobraźni, przewidzenia; natomiast Karolina, jako praktykująca katoliczka zaczyna nabierać podejrzeń co do aury tego miejsca.

Gdy po paru dniach zauważają, że ktoś (lub coś) czyha na ich życie, a sami egzystują w tym miejscu na granicy szaleństwa, postanawiają wsiąść w samochód i jak najszybciej uciec z tego miejsca. Niestety, na ich nieszczęście, uciekając trafiają do innego wymiaru, w którym las, przez który przejeżdżali nie ma końca, i w którym spełnić się mogą najbardziej przerażające wizje i najmroczniejsze obawy. Trafiają do królestwa Leszego, pana i demona lasu, czczonego przez dawnych Jaćwingów, którzy zwykli zamieszkiwać tamte tereny. Szybko się jednak okazuje, że zarówno religia i kultura dawnych Jaćwingów na Suwalszczyźnie są nadal kultywowane, a ich współcześni potomkowie co roku, w dniu Wielkiej Nocy składają krwawe ofiary...


W książce trafimy na odwieczne walki pogaństwa z chrześcijaństwem oraz ateizmu z wiarą, ukazujące skutki fanatyzmu. Niezależnie czy jest to Katolik, Poganin czy "wojujący ateista", fanatyzm jest stanem umysłu, w którym każde racjonalne myślenie zostaje zaślepione chorą ideą, która w każdym przypadku kończy się tragicznie.
Tutaj jedynie pozwolę sobie zwrócić uwagę na to, że mimo, że widać tutaj starania autora włożone w neutralność stylu i poglądów, to da się w książce wyczuć lekką stronniczość w stronę religii chrześcijańskiej. 


Co do świata przedstawionego w książce, to poruszamy się tutaj po rozległych lasach, zabytkach i dzikiej przyrodzie Suwalszczyzny, która momentami bywa bajkowa, ale również i potrafi przybrać barwy mrocznego, groźnego miejsca. Dodatkową ciekawostką jest fakt, że wszystkie miejsca (oprócz Białodębów), takie jak jezioro Gałęziste, Wigry czy cmentarzysko Jaćwingów są prawdziwe, i możemy ich magii (czy może grozy?) doświadczyć na własnej skórze przebywając w tamtych rejonach. 

Jeżeli chodzi o zakończenie, to może ono niektórych zawieść, gdyż sytuacja w ostatnich stronach zmienia się diametralnie, lecz taki już jest urok mrożących krew w żyłach powieści, które zazwyczaj kończą się z absurdalnym, niekoniecznie wytłumaczalnym i przyjemnym wydźwiękiem.

Styl, w którym książka została napisana jest... specyficzny. Jeżeli chodzi o dialogi, czy przemyślenia głównych bohaterów, to nie powala on ani elokwencją, ani specjalnym kunsztem, lecz autor uprzedził nas o tym fakcie już w przedmowie, twierdząc, że jest to zabieg celowy, który jak najdokładniej odzwierciedlić bohaterów. Jak dla mnie, wyszło to bardzo naturalnie, i paradoksalnie, ta niedbałość językowa okazała się być zaletą książki. 


ŻARTOBLIWIE ujmując, można przyjąć, że morał książki uczy nas, by nie wjeżdżać do lasu widząc znak zakazu i nie wyrzucać tam śmieci, bo możemy mieć do czynienia z "Panem Leszkiem" ☺.

A tak na poważnie, myślę, że powieść ta jest swoistym hołdem oddanym Suwalszczyźnie i jej dzikiej przyrodzie. Przypomina nam o tym, byśmy szanowali otaczającą nas naturę, gdyż była, jest i zawsze będzie naszym źródłem życia, a sami przy niej jesteśmy maluczcy. 

Podsumowując, mimo, że książka jest dosyć chaotyczna, bohaterzy dosyć irytujący, a język (choć celowy), może na początku odrzucić, to mimo wszystko przy czytaniu czułam autentyczny niepokój, co w końcu jest głównym celem tego typu historii. Gałęziste mogę polecić każdemu miłośnikowi powieści grozy, jak każdej osobie, która w najbliższym czasie wybiera się na Suwalszczyznę ☺.

Moja ocena: 7.5/10
Ilość stron: 459
Wydawnictwo: Novae Res



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję jej autorowi, któremu gratuluję wspaniałego debiutu i życzę dalszych sukcesów literackich!

Read More
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Popular Posts

© Welcome To The Dark Side, AllRightsReserved.

Designed by ScreenWritersArena