czwartek, 28 września 2017

85. Elizabeth Strout - Mam na imię Lucy



Mam na imię Lucy to niecodzienny i unikalny twór, z którym ostatnio miałam okazję się spotkać. Autorką książki jest Elizabeth Strout, znana przede wszystkim z powieści "Olive Kitteridge" za którą otrzymała między innymi Nagrodę Pulitzera. 

Książka opowiada o Lucy Barton, młodej kobiecie, matce dwójki dzieci i aspirującej pisarce. Na początku dowiadujemy się, że tytułowa Lucy znajduje się w szpitalu, w ramach rekonwalescencji po przebytej operacji. Pewnego dnia główną bohaterkę odwiedza matka, z którą przez ostatnie kilka lat Lucy nie miała kontaktu. Wraz z przybyciem matki, Lucy udaje się w mentalną podróż do jej rodzinnego miasteczka Amgash i jego mieszkańców. Okazuje się, że Amgash dla młodej Lucy stało się symbolem skrajnej biedy, w której przyszło jej dorastać oraz  główną motywacją do nauki i ucieczki na studia, by zaznać innego, godnego życia. 

Często narzekam na brak akcji w czytanych przeze mnie książkach, jednak w przypadku Mam na imię Lucy ten brak akcji i dynamiki oraz wszechobecny spokój nie przeszkadza mi, a wręcz przeciwnie, jestem nim zachwycona. 

Książka mimo swej prostoty porusza szereg głębokich i ważnych kwestii, takich jak bezwarunkowa miłość, skomplikowane relacje z najbliższymi, samotność czy łamanie stereotypu jakoby osoby wychowane w biedzie w przyszłości lądują na marginesie społecznym. 

Zarówno wspomnienia Lucy, tak jak i jej rozmowa z matką,  stanowią swego rodzaju wnikliwą analizę przeszłego i obecnego życia bohaterki. Wbrew pozorom, Lucy nie narzeka, wręcz przeciwnie, kobieta emanuje spokojem, brakiem żalu i harmonią osoby, która pogodzona jest z samą sobą. W powieści spory nacisk kładziony jest na sztukę przebaczania czy radzenia sobie z przeciwnościami losu.

Warto zwrócić uwagę na język, który według mnie jest największym atutem tego dzieła Elizabeth Strout. Język ten pozbawiony jest zbędnych stawek obfitujących w nieistotne opisy. Prostota, bezpretensjonalność i minimalizm to główne cechy książki, które sprawiają, że każde słowo autorki jest adekwatne i starannie wyselekcjonowane.

Podsumowując, nadal jestem urzeczona minimalizmem i spokojem, w które Mam na imię Lucy obfituje. Sposób, w jaki główna bohaterka opowiada o swoim życiu niejednego czytelnika skłoni do refleksji i doceniania otaczającego go świata. Myślę, że każdy z nas powinien się z tą książką zapoznać, ponieważ mimo braku dynamiki, dzięki wcześniej wspominanej czarującej prostocie nie sposób się od niej oderwać. 

Moja ocena: 8/10
Ilość stron: 224
 
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu

Read More

czwartek, 14 września 2017

84. Artur Urbanowicz - Grzesznik





Marek Suchocki aka Suchy jest przywódcą gangu rządzącego Suwalskim półświatkiem. Suchy ma praktycznie wszystko, czego mogą mu zazdrościć wrogowie, mianowicie ma władzę, szacunek, pieniądze, rodzinę i młodą kochankę. Z czasem jego spokój ducha zostaje zaburzony, gdy na wolność wychodzi Grzegorz Samielewicz aka Grzesznik, jego potencjalny wróg, który w przeszłości zajmował "stanowisko" Marka.  Wraz z wyjściem na wolność Samielewicza, we względnie spokojny świat Marka zaczyna wdzierać się niepokój. Szyby w jego salonie zostają wybite, choroba matki zaczyna dawać się we znaki, a sam Marek podczas starcia z dwoma wrogimi gangsterami ulega wypadkowi, w którym doznaje urazu głowy. Po wybudzeniu się z kilkudniowej śpiączki, Marek zaczyna widzieć i słyszeć przerażające i niestworzone rzeczy, które do przyjemnych zdecydowanie nie należą. Wraz z wizjami, główny bohater (a może raczej antagonista...) otrzymuje nowe zdolności, a mianowicie zaczyna widzieć zmarłych. Gdy koszmary nocne i mroczne wizje się nasilają, Marek zaczyna odczuwać, że zwariował. Szukając pomocy u Grzesznika, psychiatry, a nawet... księdza, Marek odkrywa przerażającą prawdę, z którą będzie musiał się uporać. 

Przyznam szczerze, że początkowo nie byłam przekonana do hybrydy powieści gangsterskiej i horroru, jednak będąc cały czas pod wrażeniem debiutu autora, Gałęziste, byłam niezmiernie ciekawa nowej powieści Artura Urbanowicza. 

Początkowo, podobnie jak przy debiucie autora, przez dłuższy czas nie byłam pewna co do spójności i logiki akcji, niektóre elementy wydawały się być wręcz przesadzone, jednak im dalej wgłąb lektury, tym ciężej było mi się od niej oderwać. Gdyby nie fakt, że książkę czytałam w wersji elektronicznej na tablecie, przez co ze względu na wzrok zmuszona byłam robić dłuższe przerwy od czytania, jestem pewna, że Grzesznika pochłonęłabym w jeden weekend.

W Grzeszniku, autor mistrzowsko serwuje nam potężny plot twist w najmniej oczekiwanym momencie. Gdy już wszystko zaczyna układać się w całość i dążyć do rozwiązania, zostajemy zaskoczeni zupełnie inną perspektywą, która rzuca nowe światło na wszystkie wydarzenia i aspekty , i która diametralnie zmienia podejście nie tylko bohatera, ale również i czytelnika. Dzięki temu zabiegowi zmagania Suchockiego i działania Samielewicza trzymają w napięciu do ostatniej strony.

W powieści tej mamy do czynienia z perfekcyjnie wykreowanymi bohaterami. Pierwszy w nich to Suchy, który mimo, że uważa się za inteligenta, w rzeczywistości jest ignorantem, którego wyższość opiera się na sile fizycznej i przemocy. Drugi bohater to Grzesznik, zwany również Samielem, który choć od przemocy nie stroni, to jego największym atutem jest inteligencja i sztuka manipulacji opanowana do perfekcji. 

Tytuł "Grzesznik" odnosi się nie tylko do pseudonimu jednego z bohaterów, ale również do głównego motywu książki, jakim jest idea odpowiadania za grzechy. Grzechy, zarówno te popełnione w przeszłości, jak i te konsekwentnie powtarzane później, są tutaj tematem przewodnim, dlatego lektura ta skłoni niejednego do zrobienia własnego rachunku sumienia.

Nawiązując do książki Gałęziste, która nadal tkwi w mej pamięci, mimo, że jej klimat i tematyka różni się od Grzesznika, to nadal do cech wspólnych obu książek należy przede wszystkim lokacja akcji. W Grzeszniku również mamy do czynienia z Suwalszczyzną i sztandarowymi miejscami tego regionu takimi Cmentarzysko Jaćwingów, czy dzikie i mroczne lasy. 

Jeżeli chodzi o budowanie klimatu grozy, choć niektóre elementy, tak jak wspominałam wcześniej, sprawiały wrażenie przesadzonych, to jednak podobnie jak po poprzedniej lekturze autora, po której miałam niemały awers do lasów, tak też i po przeczytaniu Grzesznika odczuwam teraz "dyskomfort" przechodząc po zmroku obok luster ;-).

W odbiorze, książka ta może zostać uznana za kontrowersyjną, ponieważ uderza w tematy tabu, takie jak dewiacje seksualne, szeroko rozumiana moralność czy sfera duchowa i religijna. 

Podsumowując, akcja w Grzeszniku nie zatrzymuje się nawet na chwilę, oprowadzając nas po miejscach pełnych mistycyzmu, grozy i sensacji. Artur Urbanowicz serwuje nam niezwykłą wielowymiarową podróż, po skończeniu której niejeden czytelnik zacznie kwestionować rzeczywistość. 

Moja ocena: 7,5/10
Ilość stron: (w wersji elektronicznej) 742
Wydawnictwo: GMORK


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję jej autorowi







Read More

piątek, 8 września 2017

83. Andrea Portes - Liberty. Jak zostałam szpiegiem.


Andrea Portes to autorka, z którą w przeszłości miałam do czynienia już dwa razy recenzując Jak najdalej stąd oraz Jesień motyli. Moje pierwsze podejście było zadowalające, drugie natomiast okazało się być średnie, brakowało mi w nim wyrazistości i bardziej rozbudowanej akcji. Jak było tym razem? Zapraszam na recenzję!

Paige Nolan to siedemnastoletnia córka politycznych aktywistów i dziennikarzy, którzy kilka lat wcześniej zaginęli w tajemniczych okolicznościach na Bliskim Wschodzie. Mimo, że wszystkie okoliczności wkazują na śmierć rodziców, Paige czuje, że nie jest to prawda i cały czas nosi ich w sercu. Największą manifestacją miłości rodziców jest sposób w jaki Paige została wychowana, czyli umiłowanie wolności i równości oraz walka o sprawiedliwość i prawa słabszych.

Pewnego niepozornego dnia Paige odwiedza restaurację Applebee's, w której nieświadomie staje się bohaterką. Dzięki swojej znajomości sztuk walki, dziewczyna (dosłownie) powala na ziemię dwóch ekstremistów, którzy do restauracji weszli z bronią, żądając darmowego posiłku. Kilka tygodni po incydencie w Applebee's, w college'u Paige przeprowadzana jest rekrutacja do LexCorp, korporacji, której Paige szczerze nienawidzi i którą obwinia za spory odsetek zła na świecie. Gdy Paige udaje się na rozmowę, szybko okazuje się, że reprezentant firmy wcale do niej nie należy, a tak naprawdę jest członkiem tajnej rządowej organizacji szpiegowskiej RAITH. Madden, przedstawiciel RAITH proponuje dziewczynie współpracę - w zamian za ujęcie Seana Reynesa,  dostanie informacje o zaginionych rodzicach. Sean Reynes jest hackerem, który wykradł tajne rządowe informacje, i który teraz ukrywa się w Rosji. Oprócz tego, Reynes jest również idolem Paige, przez co dziewczyna jest rozdarta wewnętrznie. Po dłuższym namyśle jednak tęsknota za rodzicami przeważa szalę i dziewczyna akceptuje swoją misję i zostaje agentką Liberty. Po intensywnym kilkutygodniowym szkoleniu, Paige wyrusza do Moskwy. Dziewczyna bardzo szybko się aklimatyzuje, zaprzyjaźniając się ze współlokatorką Kateriną i Urim, synem rosyjskiego gangstera. Gdy już udaje jej się zbliżyć do Reynesa, Paige zaczyna odczuwać wyrzuty sumienia, gdyż zdaje sobie sprawę z tego, że właśnie zakochała się w amerykańskim wrogu numer jeden...

Nie będę ukrywać, nie obdarzyłam głównej bohaterki szczególną sympatią, gdyż mimo ponadprzeciętnego intelektu, zachowuje się ona jak stereotypowa pusta amerykańska nastolatka (mimo że zarzeka się, że nią nie jest!). Paige jest bezpośrednia i cięta, jednak niekoniecznie w inteligentny, lecz w wulgarny sposób. Co do reszty bohaterów, jest nieco lepiej, jednak niestety nie mamy okazji poznać ich bliżej.

Styl, w jakim książka jest napisana jest lekki, dzięki czemu historię tą można przeczytać jednym tchem. Jednak na tej lekkości moje zachwyty się kończą. Co do fabuły, kończąc lekturę poczułam niemały niedosyt, biorąc pod uwagę fakt, że wątki, które przez większość książki autorka przedstawiła jako istotne, później okazują się być zapomniane i nierozwiązane. Jeżeli jest to zapowiedź sequela, to wspaniale. Mimo wszystko jednak żadna notka czy to w treści czy na okładce nie wskazuje na to, by przygody agentki Libery miały być kontynuowane w następnych powieściach. 

Mimo szczerych chęci, nie mogłam przez niektóre fragmenty przebrnąć bez zgrzytów zębami. Rozpoczynając od irytującej bohaterki, aż po pseudointeligenty styl w jakim powieść została napisana. Wszystko to sprawia, że jest to  moje najmniej udane podejście do twórczości Andrei Portes. By jednak nie skupiać się jedynie na minusach, opowiem nieco o mocnych stronach książki. Wracając do kwestii fabuły, dzięki temu, że jest ona nierealistyczna i niemal "kosmiczna",  to książka wyróżnia się na tle innych powieści młodzieżowych. W końcu nie często trafia się na książki z siedemnastoletnimi tajnymi agentkami w roli głównej. To, co sprawiło, że książkę przeczytałam z miarę przyjemnymi odczuciami to właśnie ta "świeżość" i fakt, że język (choć jak wcześniej wspominałam, wiele można mu zarzucić), jest lekki, dzięki czemu sam proces czytania przebiega bardzo szybko.

Podsumowując, nierozbudowana akcja i wrażenie "porzucenia" niektórych wątków sprawiły, że książka nie przypadła mi do gustu i moje trzecie podejście do autorki mogę uznać za nieudane. Niemniej jednak, książka ta może stanowić całkiem przyjemną odskocznię od bardziej wymagającej literatury, ponieważ "Liberty. Jak zostałam szpiegiem" cechuje się dynamicznym i lekkim stylem przepełnionym akcją. 

Moja ocena: 5/10
Ilość stron: 318

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu

Read More

piątek, 1 września 2017

82. Bree Despain - Dziedzictwo mroku



Dzisiaj przyszedł czas na recenzję książki, która czekała na swą kolej prawie dwa lata kurząc się na moim regale i jego sekcji "do przeczytania". Po tego typu książki nie sięgam często, albowiem Dziedzictwo mroku to pierwsza część trylogii Bree Despain,  i która mieści się w gatunkach z  którymi nieczęsto mam do czynienia, czyli Young Adult i paranormal romance.  

Grace Divine jest zwykłą nastolatką będącą córką pastora, posiadającą trójkę rodzeństwa i wiodącą względnie spokojne życie. Jej pozorny spokój szybko jednak zostaje naruszony, gdy do jej szkoły przybywa Daniel Kalbi, jej dawna miłość. Nie ruszyłoby to jednak Grace tak bardzo, gdyby nie fakt, że Daniel trzy lata wcześniej bez słowa opuścił rodzinne miasteczko, łamiąc dziewczynie serce i zaskarbiając sobie nienawiść Jude'a, brata Grace, który w przeszłości był jego najlepszym przyjacielem. Daniel pod pretekstem wspólnego uczęszczania na lekcje rysunku i malarstwa zbliża się do Grace ponownie i sprawia, że mieszanka żalu i miłości, którą dziewczyna trzymała w sobie przez trzy ostanie lata, staje się coraz bardziej wybuchowa. Mimo wszystko targana emocjami Grace postanawia zaryzykować i pozwala chłopakowi na drugą szansę. Oprócz szkolnych plotek i złości Jude'a, relacja Grace z Danielem wywołuje również powrót serii przerażających zdarzeń w spokojnym przez trzy ostatnie lata miasteczku. Zmasakrowane ciało Maryanne Duke, jednej z najwierniejszych i kochanych przez wszystkich parafianek, zostaje znalezione na werandzie jej domu, Jessica Day, córka właściciela lokalnego sklepu, znika nie dając znaku życia a młodszy braciszek Grace, James, zostaje porwany podczas uroczystej kolacji w Dzień Dziękczynienia. 

Zaczynając książkę, nie miałam pojęcia o czym ona jest. Pierwsze kilkadziesiąt stron mylnie utwierdzało mnie w przekonaniu, że jest to zwykła młodzieżówka. Szybko jednak przekonałam się, że jest to książka zawierająca sporo tajemniczych i mrocznych postaci oraz zjawisk, które są jej głównym wątkiem.

Ponieważ cenię sobie wolność umysłu i kultury od religijnych uprzedzeń, początkowo moje wątpliwości budził również niepokój przed tym, czy książka nie będzie miała zbyt silnego wątku chrześcijańskiego ze względu na główną bohaterkę, która jest córką pastora. Owszem, w treści jest nieco chrześcijańskiej otoczki i tej samej logiki rozumowania bohaterki, jednak nie jest to uporczywe, nieznośne czy fanatyczne, dlatego nie przeszkadza mi ten wątek mimo faktu, iż nie jestem osobą religijną. Książka zgrabnie łączy elementy religijne, mitologiczne oraz tematy,  które w kręgach różnych kultur lub religii mogą być uznane za tabu.

Przyznam tutaj szczerze, że wykreowani bohaterowie nie są najmocniejszą stroną tej powieści. Większość z nich jest niemal szablonowa. Ot taki Daniel - typowy bad boy, który mimo, że potępiony przez otoczenie, nie narzeka jednak na powodzenie u dziewczyn. Jude, czyli "ten dobry" -  brat głównej bohaterki, któremu się wydaje, że jest odzwierciedleniem wszelkich cnót i strażnikiem bezpieczeństwa i przyzwoitości wszystkich wokół. Przyjaciółka głównej bohaterki - typowa nastolatka kochająca się w starszym bracie bohaterki. Grace - kiedyś zraniona, lecz gotowa podjąć to ryzyko raz jeszcze wybierając tego "mrocznego typa" spośród normalnych, bezpiecznych (i nudnych) chłopaków, którzy ją otaczają. 

To, co jednak przy książce mnie zatrzymało, to jej największy atut, czyli styl autorki oraz sposób w jaki Bree Despain buduje napięcie i akcję. Czytając Mroczne dziedzictwo nużący wydawać się może jedynie początek, ponieważ po kilkudziesięciu stronach akcja nabiera takiego tempa i klimatu tajemnicy, że nie sposób się od tej lektury oderwać. Przyznam szczerze, że mając przed oczami ponad 400-stronicową książkę, czytanie (mniej lub bardziej świadomie) przychodzi mi wolniej. Tutaj taka sytuacja nie miała miejsca, ponieważ nawet się nie zorientowałam kiedy pochłonęłam pierwsze 300 stron. 

Miłość, wybory przypominające te "między młotem a kowadłem", mrok i fantastyczne istoty w  chrześcijańskim świecie Grace Divine to elementy, które sprawiają, że jest to godna polecenia powieść fantastyczna. Mimo, że książka z założenia kierowana jest dla młodzieży, gwarantuję, że spodoba się również tym, którzy wiek nastoletni już dawno mają za sobą. 


Moja ocena: 7/10
Ilość stron: 432
Wydawnictwo: Galeria Książki





Read More

wtorek, 29 sierpnia 2017

81. English Matters nr 66/2017


Jak dobrze pamiętacie - od pewnego czasu na blogu prowadzę również "kącik językowy", w ramach którego publikuję posty z poradami i wskazówkami dotyczącymi nauki języków obcych oraz recenzjami wszelakiego rodzaju książek, kursów i magazynów językowych. Niedawno w moje ręce trafił najnowszy numer English Matters, dwumiesięcznika przeznaczonego dla osób uczących się języka angielskiego. 


English Matters obfituje w artykuły poruszające najróżniejsze tematy, zaczynając od celebrytów, poprzez kulturę, historię aż po reklamę, język i pieniądze. Dzięki tej różnorodności tematycznej każdy znajdzie coś dla siebie. Oprócz artykułów, w dwumiesięczniku znajdziemy również wstawki typowo edukacyjne, z informacjami na temat idiomów, gramatyki czy kultury krajów anglojęzycznych. 



Biorąc pod uwagę moje zamiłowanie do kultury nordyckiej, historii i etymologii słów, najbardziej zaciekawił mnie artykuł "The Victorious Vikings", w którym to dowiemy się o historii Wikingów na Wyspach Brytyjskich, ich kulturze, roli kobiet w społeczeństwie i przede wszystkim wpływie, zarówno kulturowym, jak i językowym na współczesną angielszczyznę. 

Moją uwagę również przykuł temat z okładki, czyli historia nagości w reklamie. Przebrniemy przez pierwsze dekady, w których "strój Adama i Ewy" został wykorzystywany przez ówczesne koncerny, a skończymy na współczesnych realiach i krytyce, którą temat ten wzbudza nie tylko w kwestiach "moralnych", ale przede wszystkim w kwestii uprzedmiotowienia kobiet. 



Coś dla siebie znajdą w najnowszym numerze również miłośnicy seriali. Dzięki temu artykułowi przyjrzymy się z bliska bijącemu popularności serialowi wyprodukowanemu przez BBC - Poldark. Oprócz opisu czasu, fabuły i postaci, znajdziemy tutaj również mapę przedstawiającą miejsca w Wielkiej Brytanii, w których kręcone były zapierające dech w piersiach ujęcia. 


Biorąc pod uwagę poziom językowy, w jakim napisane są artykuły, sugerowałabym to wydanie osobom będącym na poziomie średnio-zaawansowanym i zaawansowanym. Jestem jednak pewna, że osoby, które z językiem angielskim radzą sobie nieco słabiej, również odnajdą się w tym magazynie, ponieważ każdy artykuł posiada słowniczek z polskim tłumaczeniem oraz dostępne w Internecie nagrania MP3, dzięki którym wątpliwości fonetyczne zostaną rozwiane.


Podsumowując, jesienne wydanie English Matters jest nie lada gratką dla osób, które cenią sobie połączenie wartościowej treści z treningiem językowym. Dzięki różnorodności tematów która obejmuje historię, kulturę, a nawet podróże i tematykę lifestylową, w tym wydaniu każdy znajdzie coś dla siebie.



Magazyn można zakupić na stronie kiosku Colorful Media, w Empiku oraz w wybranych salonikach prasowych.


Za możliwość zapoznania się z magazynem dziękuję wydawnictwu

Read More

niedziela, 27 sierpnia 2017

80. Anna Klara Majewska - Majorka w niebieskich migdałach



Majorka w niebieskich migdałach to trzecia, ostatnia już część cyklu Majorkańskiego, który miałam okazję i przyjemność przeczytać w te wakacje. Trylogia ta opowiada historię Magdaleny, energicznej kobiety będącej matką, żoną ale i przede wszystkim kosmopolitką, której serce zamiast w kraju ojczystym, najradośniej bije na Majorce. 

W trzecim tomie, podobnie jak i w drugim, akcja toczy się sześć lat po wydarzeniach z poprzedniej części. Po sugestywnym zakończeniu drugiego tomu, nie będzie dla nikogo niespodzianką fakt, że Magdalena po raz drugi została matką, tym razem los obdarzył ją córeczką, prawie sześcioletnią Julią. Magda prowadzi stateczne życie u boku Marka, który został również jej mężem. Jeżeli chodzi o pozostałych członków rodziny Magdaleny, tutaj również zaszły zmiany - jej syn, dwudziestoletni Michał właśnie przechodzi fazę fascynacji niemieckim nacjonalizmem, homoseksualny brat znajduje nowego partnera, kochliwy ojciec umiera, a matka postanawia przejść na emeryturę i zacząć pisać wyuzdane powieści erotyczne. 
Podczas wigilijnego wieczoru Magdalena zostaje obdarzona przez swą rodzicielkę prezentem w postaci książki - oczywiście jej autorstwa. Na pierwszy rzut oka nasza bohaterka nazywa ją "okropnym paszkwilem", jednak jej podejście zmienia się szybko w zaciekawienie, gdy zauważa, że jej treść niemal odzwierciedla jej prawdziwe życie. Niestety, głównym wątkiem powieści jest romans męża z ukraińską opiekunką, która łudząco przypomina Oksanę, młodą opiekunkę, którą Magda zatrudniła parę miesięcy temu i którą szaleńczo polubiła Julka i... Marek. Im dłużej Magda brnie w powieść, tym więcej zauważa zbieżności ze swoim prawdziwym życiem. Zbieżności te wkrótce w głowie Magdy stają się "niepodważalnymi dowodami" na zdradę męża. 
W drugi dzień świąt Magda postanawia ukarać rzekomo niewiernego męża i wraz z córką wyjechać do jej ostoi spokoju, na Majorkę, do ich nowo wyremontowanego domu w Sant Elm. Kilka dni po dotarciu na wyspę zbliża się Sylwester, który Magdalena postanawia spędzić z Ivanką, jej czeską przyjaciółką, którą poznała na Majorce ponad 10 lat temu uczęszczając na kurs hiszpańskiego. Podczas mocno zakrapianej nocy sylwestrowej Magda spotyka Mariusza, jej pierwszą miłość z czasów liceum, którego na drugi dzień spotyka w swojej kuchni, kompletnie nie pamiętając do czego mogło zajść poprzedniej nocy.  

Jeżeli chodzi o kondycję witalną, psychologiczną i zmysłową głównej bohaterki, jest to tom, w którym te trzy składniki wypadają najsłabiej. Magda, która dzięki poprzednim tomom kojarzyła się przede wszystkim z niezależnością, pewnością siebie, energią i zawziętością, w tej części zdaje się tracić ten "blask", tak bardzo dla niej charakterystyczny. Mało tego, bohaterka sprawia również wrażenie, że przyczyną tego wcale nie jest wiek na którego punkcie jeszcze niedawno miała obsesję, co jeszcze bardziej napawa mnie zdziwieniem, gdyż w poprzednich tomach cyklu dla Magdzie było daleko do "wypalenia" i desperacji.

Całokształt treści również nie przypadł mi do gustu, ponieważ on również wywarł na mnie wrażenie beznamiętnego i niewyrazistego. Brakuje mi w tym tomie szalonych przygód, większej ilości informacji na temat życia majorkańskich przyjaciół głównej bohaterki czy temperamentu, który zwykł "rządzić" akcjami i osobowościami bohaterów. 

Odnoszę również wrażenie, że sama Majorka, która w poprzednich częściach opisywana była w prawie intymny sposób łącząc obrazy z uczuciami i sprawiając, że miałam niezwykłą ochotę rzucić wszystkim i właśnie tam się znaleźć, tutaj wydaje się być bezbarwna, pozbawiona tej niemal duchowej otoczki, która tak bardzo przyciągała. 

Nie mniej jednak, autorka nadal zachowała lekkość stylu, co bardzo sobie cenię w wakacyjnych powieściach, przez co czytanie książki upłynęło szybko i przyjemnie. Pozytywnym aspektem jest również kontynuacja praktyki z poprzednich części, czyli podziału treści na rozdziały z sugestywnymi, ciekawymi tytułami. 



Podsumowując, nawet biorąc pod uwagę fakt, że nie jestem zachwycona wydarzeniami z finału trylogii i tom ten niestety odstaje w porównaniu z poprzednimi częściami, to nadal jest to książka spełniająca wszystkie wymagania idealnej wakacyjnej lektury - jest lekka, przyjemna i wciągająca, gdyż nie sposób się od niej oderwać. Myślę, że jest to idealna wakacyjna pozycja, która pozwala choćby mentalnie przenieść się na słoneczną Majorkę i która swą lekkością i przygodą nie zawiedzie żadnej miłośniczki podróży i charakternych kobiecych postaci.

Moja ocena: 6/10
Ilość stron: 318



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki i całej serii dziękuję wydawnictwu



Read More

sobota, 19 sierpnia 2017

79. Walter Scott - Ivanhoe, czyli dlaczego propaganda doprowadza mnie do szewskiej pasji



Przyznaję szczerze, że "Ivanhoe", to książka, która chwilę po tym, gdy została okazyjnie zakupiona, trafiła na mój regał, na którym spędziła ponad półtora roku. Jednak przygotowując się do studenckiej kampanii wrześniowej ;), stwierdziłam, że kiedy indziej wypadało by się za nią zabrać, jak nie w czasie, gdy uczę się do egzaminu z historii angielskiego obszaru językowego, będąc na bieżąco z czasami, w których akcja książki się toczy.


Najpierw opowiem nieco o autorze. Walter Scott, a raczej Sir Walter Scott to żyjący w latach 1771-1832 szkocki pisarz, dramaturg, poeta i adwokat. Jako, że lubował się w historii, tak też i powieści historyczne stały się jego znakiem rozpoznawczym. Oprócz Ivanhoe, autor napisał również dzieła takie jak Waverly czy The Lady of the Lake.

By Was nieco przybliżyć do świata przedstawionego w książce, postaram się również nieco opowiedzieć o czasach i sytuacji politycznej, w których akcja się toczy. Przenieśmy się do średniowiecza, czasów krucjat, a konkretnie - schyłku XII wieku, w którym to na tronie angielskim zasiada Ryszard Lwie Serce, syn Henryka II, pierwsze króla z normańskiej dynastii Plantagenetów i syn Eleonory Akwitańskiej, jednej z najbardziej wpływowych kobiet tamtych czasów, która na dwór angielski wprowadziła tradycję romansu rycerskiego. Ale chwila, normańska dynastia?, w Anglii? Owszem, w 1066, prosto z Normandii, na Anglię najechał Wilhelm Zdobywca, pozbawiając Anglo-Saksońskich królów władzy i mordując ponad połowę anglo-saksońskiej szlachty, zastępując ją elitą francuską. Od tej pory władza w Królestwie Anglii należy do Francuzów, którzy (ze wzajemnością) nie traktowali się uczciwie z Anglo-saksońskim ludem. W tym samym czasie, gdy królem jest Ryszard, jego brat Jan, późniejszy król znany jako Jan bez ziemi, niekoniecznie poczytalny i zdrowy psychicznie człowiek, knuje intrygi za plecami swego brata.


Zaczynając przygodę z książką, na początku poznajemy Gurta i Wambę, pierwszy to świniopas, a drugi to błazen, obaj służący jednemu z niewielu pozostałych saksońskich szlachciców - Cedrykowi. Gurt i Wamba, wypełniając swoje codziennie obowiązki nagle na swej drodze spotykają orszak specyficznej grupy wędrowców, składającej się z rycerzy, templariusza i kleryka, którzy proszą o pomoc w dotarciu do dworu Cedryka. Gurt i Wamba nieufni wobec nowych przybyszów dają wędrowcom wskazówki, które są jednak błędne. Wędrowcy wściekle odkrywając, że wskazówki błazna i świniopasa są mylne, spotykają tajemniczego jeźdźca, który oferuje im dotarcie do dworu. Gdy już wszyscy znajdują się u Cedryka, ten organizuje ucztę, na której spotykamy jego piękną siostrzenicę - Lady Rowenę, która miała wyjść za mąż za ostatniego saksońskiego spadkobiercę tronu, i jak oczywiście ma się rozumieć - jedynego króla, którego zwierzchnictwo poważałby Cedryk. Czym jednak byłaby powieść historyczna, gdyby nie było w niej ukazanego podłego losu kobiet, który jest zależny od rąk mężczyzn - jak nie trudno się domyślić Lady Rowena kocha kogo innego, a mianowicie Ivanhoe, rycerza służącego u boku Ryszarda Lwie Serce i syna Cedryka, który to został wygnany przez własnego ojca nie tylko za niefortunne ulokowanie uczuć w przyrzeczonej komu innemu niewieście, ale i za służenie królowi z rodu Plantagenetów. Podczas uczty poruszony zostaje temat turniejów rycerskich, najpopularniejszej rozrywki elit tamtych czasów - wypomniana tu zostaje porażka zapatrzonego w siebie i nieznoszącego odmowy templariusza, (który okazuje sie być Brianem de Bois-Guilbertem, przyjacielem Jana bez ziemi), jak i zapowiedź nadchodzącego. Niedługo po uczcie przenosimy się na turniej, w którym oprócz wszystkich znakomitych rodów, pojawia się również Jan, brat Ryszarda, który po chwili zadowolenia zauważa, że z jego najwierniejszym templariuszem walczy niesamowicie sprawny rycerz, który później okazuje się być tytułowym Ivanhoe. Jest to również pierwszy moment w którym, pojawia się Czarny Rycerz, postać kluczowa w książce. Niedługo po zakończonych turniejach banda rycerzy Jana postanawia napaść na Cedryka, po to by porwać jego córkę lady Rowenę, która spodobała się Brianowi. Uciec udaje się jedynie Wambie i Gurtowi, którzy na pomoc przybywają z Czarnym Rycerzem, Ivanhoe i... drużyną Robin Hooda. 


Książka ta napisana została w ciekawym, (nieco zbyt opisowym, lecz nie mylić z nudzącym!) stylu, w którym przez pędzącą akcję niestety dosyć łatwo na końcu jest się zagubić, jednak autor szybko nas naprowadza na właściwy trop, bezpośrednio się do nas zwracając i przypominając ważniejsze postacie i wątki. Czytając recenzje, obawiałam się tego, że nie połapię się w ilości osób i nazwisk (gdyż ten zarzut często padał w recenzjach innych osób), jednak myślę, że było to nieco przesadzone, gdyż osoby przewijające się w treści nie są aż tak liczne i można je spamiętać bez większego wysiłku. To, co jednak powieliło moje wątpliwości z wątpliwościami innych czytelników to fakt, że książka została zatytułowana "Ivanhoe", mimo, że postać ta ani nie gra większej roli w całości, ani często się w treści nie pojawia, przez co nie do końca ten wybór autora rozumiem. Pozwolę sobie również wtrącić nadużywanie idealizowania języka, bo jednak co jak co, ale nigdy nie uwierzę, że świniopas w tamtych czasach wypowiadał się gracją i szykiem, którego pozazdrościłby mu niejeden dyplomata czy demagog. 

I teraz przejdę do aspektu, który momentami sprawiał, że aż zgrzytałam zębami. Chodzi mianowicie o gatunek, w jakim książka się mieści - jest to powieść historyczna. Wiem, że jej celem jest głównie ukazanie wydarzeń z perspektywy danego ludu, wzmocnienie tożsamości narodowej i podniesienie ludu na duchu, jednak to co się tutaj stało wyprowadziło mnie z równowagi. O ile postać Jana jest tu okazana w miarę rzetelnie, o tyle przy reszcie aspektów i postaci autor poleciał po całości.  Przede wszystkim, najbardziej rażące było podejście do postaci króla Ryszarda, ukazanego tutaj jako ideał władcy. Większość z nas może sobie pomyśleć, że skoro miał przydomek "Lwie Serce", to znaczy, że musiał być wspaniałym władcą. Otóż nic bardziej mylnego, przydomek ten otrzymał dzięki swym zasługom na krucjatach, które oczywiście są szlachetne, ale problem tkwił w tym, że Ryszard oprócz swoich krucjat, nie widział więcej nic. Podczas dziesięciu lat swoich rządów, w Anglii spędził JEDYNIE 6 miesięcy, dzięki czemu zapracował sobie na drugi przydomek "the absent king". Mało tego, ciągle pakując się w wojny i walki (oczywiście poza granicami swego państwa i wcale nie w interesie Anglii), często trafiał do niewoli, przez co ceny okupów były kosmiczne. Pomijając fakt okupów, kolejną sprawą był skarbiec, który przy końcu jego rządów pozostał pusty, ponieważ z pieniędzy państwowych finansował swoje wojenne wojaże i krucjaty.  Kolejnym aspektem są relacje między ludnością francuską i saksońską, która tutaj ukazana jest w sposób osobliwy - Normanowie jako uzurpatorzy, a Saksonii jako lud uciskany. Nie jest to do końca prawdą, gdyż Anglii nikt sobie nie uzurpował, a zwyczajnie ją podbił, tak jak to również zrobili Wikingowie od 8 do 10 wieku, czy sami Anglo-Saksonowie, którzy jako germański lud wkroczył w V wieku n.e. na Wysypy i który podbił pozostałości przybywających tam Rzymian czy Celtów. A teraz łącząc relacje między Normanami i Saksonami i królem Ryszardem - tutaj autor ukazuje, że jego brat Jan nienawidził Saksonów, a Ryszard wręcz przeciwnie, był sprawiedliwy i nie miał nic przeciw podbitemu ludowi - zarówno Jan, jak i Ryszard należeli do dynastii Plantagenetów, która była (bez wyjątku) nienawidzona przez każdy ród, który doznał inwazji Wilhelma. Jedyny powód, który miałby sprawić, że lud Saksoński wolałby króla Ryszarda to chyba jedynie jego wieczna nieobecność, która powstrzymała go przez zniszczeniem nie tylko skarbca, ale i całego państwa.


Gdy już jako miłośnik historii, pragmatyzmu i student wylałam z siebie całą żółć, teraz mogę przejść do omawiania innych aspektów, tym razem takich, które faktycznie w średniowiecznej Europie miały miejsce. Przede wszystkim warty uwagi jest wątek sytuacji kobiet, o której wspominałam wcześniej. Nie dość, że kobieta nie miała prawa wyboru w kwestii męża, to i traktowana była przedmiotowo, jako bardziej (lub mniej) cenny łup, będący często środkiem wymiany handlowej. Kolejnym aspektem jest traktowanie Żydów, a raczej ich dyskryminacja, która swój początek miała nie podczas II Wojny Światowej, a już wcześniej, choćby w starożytnym Rzymie czy średniowiecznej Anglii, w której Żydów można było zabijać na ulicach, nie ponosząc żadnych konsekwencji (paradoksalnie nadużywane przez osoby, które uczestniczyły w krucjatach do Ziemi Świętej). Następnym wątkiem jest fanatyzm religijny, który również w powieści miał miejsce i który podczas średniowiecza (i później w czasach Hiszpańskiej Inkwizycji) miał swój szczyt. To również wiąże się z sytuacją kobiet, ponieważ gdy tylko jakaś była "niewygodna", to oskarżano ją o czary, i najczęściej niewinna kobieta płonęła na stosie. 


Podsumowując, pomijając fakt, że zamiast powieści historycznej zaserwowaną mamy historyczną propagandę, to traktując tą pozycję jako czystą fikcję literacką bez odniesień do rzeczywistości, jest do całkiem dobry kawał przyjemnej literatury przygodowej. Polecam ją każdemu, kto ma słabość do motywu średniowiecza i Wysp Brytyjskich jako ciekawą i niecodzienną lekturę, jednak nie polecałabym jej jako źródła wiedzy historycznej.


Moja ocena: 6/10
Ilość stron: 155









Read More
Obsługiwane przez usługę Blogger.

© Welcome To The Dark Side, AllRightsReserved.

Designed by ScreenWritersArena